Mam jeden sprawdzony sposób na jesienną chandrę – podróże. Do miejsc, w których jest choć trochę cieplej, gdzie znajdę więcej słońca, dużo dobrego jedzenia i intensywnych wrażeń. W tym roku, zainspirowana prozą Elleny Ferrante, pojechałam do Neapolu. Nie wiedziałam, czego się spodziewać i dobrze, bo Neapol bardzo mnie zaskoczył! Przeczytaj moją opowieść z podróży do Neapolu i okolic.

Tłumaczka w Neapolu

 

Piatek wieczor, Hosteria Mediterraneo, centrum Neapolu. Przychodzę wcześnie, o 19. Włosi o tej porze nie jedzą, ale mnie trudno przyzwyczaić się do lokalnych zwyczajów. Zamiast wielodaniowej uczty zaczynającej się grubo po dwudziestej wolę lekką kolację na kilka godzin przed snem. Jednym słowem na Włoszkę się nie nadaję.

Jestem pierwszą klientka, ale powoli pojawiają się inni – para z Glasgow z dzieckiem, potem jeden starszy Włoch, drugi. Zajmują odobne stoliki. Zastanawiam się, czy ci mężczyźni są samotni, czy może po pracy przychodzą na pizzę, a w domu czekają na nich żony. Jedzą prostą pizzę, ewentualnie calzone, dopijają kieliszek wina i wychodzą. Nie przesiadują zbyt długo.

Po przylocie zostawiamy w hotelu walizki i biegniemy do pobliskiej trattorii o nazwie “Ieri Oggi Domani”, którą polecił nam recepcjonista. Coś jeszcze pamiętam z włoskiego, bo od razu tłumaczę sobie w głowie nazwę na polski, po czym po włosku dowiaduję się, jak tam trafić.

Zdarzało mi się słyszeć, że najlepszą pizzę podają w Neapolu, ale takim zapewnieniom trudno wierzyć. Każdy Włoch powie, że to u niego w mieście czy w jego regionie karmią najlepiej. A jednak – Neapol pod tym względem zachwyca. Gdzie by nie pójść, pizza jest doskonała. Rozpływam się.

Najlepsza pizza w Pizzeria da Martino

Już z okna samolotu widzę, że Neapol jest miastem innym niż te, które zwiedzałam do tej pory. Z góry wygląda jak układanka z klocków — monumentalnych budynków o równych bokach, ułożonych w równych odstępach. Wszystko tu jest wielkie, wysokie.

Przez pierwsze dni spaceruję sama po starym mieście, zaglądając nieśmiało w różne zakamarki. Neapol jest inny. Wszędzie wisi pranie. Na sznurkach na balkonach, za oknami, na ulicach starego miasta i w centrum, nad sznurami samochodów. Najpierw mnie to nieco dziwi, a potem zaczynam czuć, że tu się po prostu mieszka. W przeciwieństwie do Rzymu, Paryża czy Lizbony, miast zdominowanych już przez turystów, w Neapolu nikt się nie przejmuje tym, że przyjezdni podglądają mieszkańców. Neapolitańczycy żyją na własnych warunkach.

Architektura typowa dla Neapolu

W weekend dołącza do mnie Michał i razem zwiedzamy miasto. Im dłużej po nim chodzimy, tym bardziej wyjątkowe nam się wydaje. Docieramy do cmentarza Cimitero delle Fontanelle, który mieści się w naturalnej jaskini. A w nim szczątki setki tysięcy osób, głównie ofiar dżumy w XVII wieku.

W środku jaskinii wokół jej ścian znajdują się tysiące kości poukładanych w stosy zwieńczone czaszkami. Teoretycznie to idealna sceneria do kręcenia horroru, ale atmosfera na cmentarzu nie jest straszna. Raczej czuje się szacunek oddany tym bezimiennym zmarłym.

Cimitero delle Fontanelle  

Wracamy przez Sanita — niezwykle urokliwą, choć ubogą dzielnicę. Co i rusz mijamy pałacyki, w większości z XVII wieku. Są mocno podniszczone, ale pokazują, jak bogate było kiedyś to miasto.

To nasze ostatnie chwile w Neapolu. Plecaki spakowane, jesteśmy gotowi na dalszą część wycieczki. Wokół  nie brakuje pięknych miejsc. Niewiele dzieli nas od Pompejów, Sorrento czy Amalfi. Są też pobliskie wyspy – Capri czy mniej znana Ischia. Gdy pytamy znajomych, dokąd jechać, wymieniają kolejno wszystkie te miejsca.

Procida

W internecie trafiam na wyspę Procida — malutką wysepkę rzut beretem od Neapolu, w drodze na Ischię. Zdjęcia są zniewalające, jest też sporo rekomendacji. Podobno to młodsza siostra Ischii, nieco zapomniana, trochę mniej znana. Chwyta mnie za serce.

Kierujemy się do portu w Neapolu, choć dotarcie tam to trudne zadanie. Najpierw musimy się przedrzeć przez wąskie uliczki starego miasta, które w niedzielne popołudnie są tak zatłoczone, że pokonanie 50 metrów zajmuje 10 minut. Poruszamy się w żółwim tempie, z plecakami na plecach. Chwilami po prostu stoimy, ktoś gdzieś przed nami pewnie akurat próbuje przepchać przez tłum wózek dziecięcy, albo zapatrzył się na kolorowe bombki choinkowe wystawione na jednym z wielu straganów.

Gdy w końcu docieramy do portu, czuję rozczarowanie. Jest przemysłowo, dziko, nie do końca wiadomo, którędy trafić do stoiska naszego przewoźnika. Pytamy jednego Włocha, potem drugiego — obaj kierują nas do dużego czerwonego budynku.

Z biletami, nieco posileni przepyszną pizzą, którą zdążyliśmy jeszcze na szybko zjeść w okolicy, wsiadamy na prom. Lekko kołysząc się, po godzinie dopływamy do Procidy i oddychamy z ulgą. Jest pięknie.

Pierwszy rzut oka na Procidę  

Procida

Choć na mapie do wynajętego mieszkania mamy do przejścia spory kawałek, po 10 minutach jesteśmy na miejscu. Musimy się przyzwyczaić do skali. Procida jest naprawdę niewielka. W ciągu następnych 3 dni przekonujemy się, że do zejścia jej wzdłuż i wszerz wystarczy kilka godzin. Po hałaśliwym, nieco przytłaczającym Neapolu zupełnie nam to nie przeszkadza.

“Nasz” port i widok na twierdzę

Zaczynam tworzyć kolekcję Maryjek. Są dosłownie wszędzie! Na co drugim domu Maria ma swój ołtarzyk, czasem za szybką, czasem w formie malowidła na kafelkach. Każda inna! Fascynuje mnie, jak głęboko zakorzeniony jest tu kult maryjny. I jak ma się do kultury macho?

Niewielka część mojej kolekcji Maryjek z Procidy

Choć mamy z sobą laptopy i codziennie pracujemy, to jednak jesteśmy w stanie uszczknąć kilka godzin na spacer po wyspie w słońcu. Drugiego dnia docieramy do samego końca wyspy — na cypel, z którego mostem można przedostać się do rezerwatu przyrody na sąsiedniej wyspie. Przed mostem ogarnia mnie panika. Fale co chwila uderzają w przęsła mostu z impetem, woda rozpryskuje się na wszystkie strony. Ale most jest bezpieczny, więc idziemy dalej, zatrzymując się dopiero przed bramą rezerwatu. Wstęp wzbroniony, ale i tak warto było zajść tak daleko. Widok jest spektakularny.

Widok z mostu łączącego Procidę z rezerwatem

Procida rozpieszcza nas przez kilka dni wyśmienitym jedzeniem, słońcem, widokami. Jedzenie obiadu na tarasie w promieniach słońca w drugiej połowie listopada to prawdziwy luksus. Rozkładamy więc na stoliku świeży chleb, pomidory, oliwę, sól, pieprz i mozzarellę. Rozkoszujemy się prostym jedzeniem, patrząc na port i fale rozbijające się o falochrony.

Jeden z 3 portów na wyspie Procida

Wracamy do Neapolu w czwartek, dobrych parę godzin przed lotem powrotnym. Mamy czas, chcemy więc zwiedzić podziemny Neapol. Dużo dobrego słyszałam i czytałam o podziemiach tego miasta. Przedzieramy się więc znów na stare miasto, ale na miejscu okazuje się, że rozpiska z godzinami wycieczek na stronie internetowej jest nieaktualna. Wycieczka niedawno ruszyła, a kolejne zwiedzanie z przewodnikiem za półtorej godziny.

Po godzinie wracamy do punktu, z którego ruszają wycieczki, ale w międzyczasie obok pojawiło się inne podobne stoisko: “Prawdziwe podziemia Neapolu”. Tu jednak okazuje się, że wycieczka była godzinę temu, a kolejna o 16, czyli dla nas za późno. O tej porze musimy już powoli kierować się na dworzec, a z niego na lotnisko. Zniechęceni odchodzimy z kwitkiem – tym razem podziemny Neapol nas pokonał.

Zamiast zwiedzania podziemi idziemy więc na ostatnią pizzę. Rozkoszujemy się każdym kęsem z poczuciem, że tak dobrej pizzy już chyba nie znajdziemy. Będzie trzeba wrócić po nią do Pizzerii da Martino, zupełnie niepozornego miejsca na jednej z głównych ulic w pobliżu starego miasta.

Cafe Leopoldo, w której piliśmy najlepszą dotąd kawę.

Jeśli też lubisz podróże, może zainteresują cię moje pozostałe opowieści z podróży?

Indie – wiele światów w jednym kraju

To była fascynująca wyprawa! Pokochałam Indie całym sercem – za różnorodność, ciepło, koloryt, bogactwo smaków, ale przede wszystkim dzięki wspaniałym Hindusom. Przeczytaj moją opowieść z podróży po Indiach.

Jak podróżować, gdy masz własny biznes

Gdy nie pracuję, nie zarabiam. Takie myślenie powstrzymuje wielu freelancerów przed planowaniem dłuższych wyjazdów. Nie dlatego, że wolą własne cztery ściany, ale ze strachu przed utraconymi szansami, stratami finansowymi itp. Przeczytaj moje podpowiedzi, jak wyjść z tego impasu.

Finanse w podróży

Własna firma to odpowiedzialność. Za stan własnego portfela, ale też za podwykonawców, zadowolenie klientów, własną przyszłość i emeryturę. Dlatego uważam, że do dłuższej podróży trzeba się finansowo przygotować! Przeczytaj mój przewodnik po finansowych przygotowaniach do wyjazdu – niezbędnik każdego freelancera.

Share This