Jedną ze stałych rubryk magazynu ET.mag jest sekcja „Tłumaczka w ośmiu zdaniach”. W każdym numerze zaproszona tłumaczka odpowiada na zestaw ośmiu pytań dotyczących swojego życia zawodowego. Bohaterką numeru majowego była Zuzanna Tuliszka, tłumaczka języka hiszpańskiego.

JESTEM…

pasjonatką języków obcych i ojczystego – polskiego, językowym terrorystą, pracoholiczką, osobą z niepotwierdzonym ADHD, bujającą w obłokach idealistką, którą wciąż jeszcze szlag trafia przy każdym zderzeniu z rzeczywistością, optymistką, życiową szczęściarą i, podobno, wrażliwą społecznicą. Zlepkiem wielu przeciwieństw, które tworzą nieokiełznaną – na ogół również dla mnie – całość.

 

PAMIĘTAM SWOJE PIERWSZE ZLECENIE, BO…

był to tygodniowy wyjazd jako tłumacz hiszpańskiego geodety. Na spotkanie stawiłam się ubrana jak na rozmowę o pracę. Pierwszym punktem programu okazała się więc wizyta w sklepie ogrodniczym, w którym zaopatrzyliśmy mnie w gumiaki do kolan i foliową pelerynę. Może życia mi to nie uratowało, ale zdrowie już trochę tak. Cały tydzień lało, temperatura oscylowała w granicach 5-10 stopni, a my co rusz grzęźliśmy w błocie pośród pól i lasów, które pewnego dnia miały zmienić się w autostrady. Mam graniczące z pewnością wrażenie, że nigdy tak często nie dzwoniłam do swojego taty, z wykształcenia geodety, który przez telefon udzielał mi intensywnych korepetycji, cierpliwie tłumacząc, czym jest osnowa, czym reper, a czym na przykład tachimetr.

 

LUBIĘ…

podróże, w tym te, które swym zasięgiem sięgają horyzontu i te horyzontem nieograniczone; fotografię, chociaż swój poziom nadal określam mianem amatorskiego; dobre kino (zwłaszcza europejskie) – najlepiej w starych i niewielkich salach kinowych z klimatem, bez coli i popcornu, za to z nie zawsze wygodnymi siedzeniami; muzykę – tę z domowego głośnika, i tę na żywo; książki, choć w obliczu wstydliwego braku czasu na ich czytanie, może powinnam napisać „otaczać się książkami”; swoją pracę, zarówno tę oficjalną – tłumaczeniową, jak i tę „po godzinach” – wolontariacką – która w pewien sposób pozwala mi utrzymać w życiu równowagę, odróżnić istotne od błahego i spotkać ludzi, dla których od „mieć”, ważniejsze jest „być”.

 

NAJLEPSZE MIEJSCE DO PRACY TO…

kanapa. Pod względem ergonomii pracy z pewnością pozostawia wiele do życzenia, ale po długim dniu w biurze stanowi miłą odmianę dla krzesła. Z jednej strony wyciągnięte nogi, z drugiej w zasięgu ręki mam wszystko, czego mi trzeba – laptop, książki i słowniki, obowiązkowo kilka kubków z różnymi napojami, głównie kawą, czy wreszcie ulubiony gramofon, z którego dociera do mnie ciepły głos Cesarii Evory czy Niny Simone.

 

 

Autorka zdjęcia: Joanna Jaskólska

ROBI SIĘ ZABAWNIE, GDY…

siadam do poprawy swojego tłumaczenia i orientuję się, że popełniłam spektakularny błąd. Lubię czasem „popłynąć” w tłumaczeniu i zdarza mi się nadinterpretować fakty, dlatego też – co naturalne – zawsze starannie porównuję przetłumaczony materiał z tekstem wyjściowym. O ile jednak w przypadku tłumaczeń pisemnych jest czas na korektę i wtedy z ewentualnych wpadek śmieję się tylko ja, o tyle przy tłumaczeniach ustnych pąsem oblewam się już w towarzystwie. W tym sensie tłumaczenia ustne uczą mnie dystansu do siebie i tego, że błąd – ludzka rzecz – należy poprawić, ale przy okazji można też się uśmiechnąć.

 

ROBI SIĘ POWAŻNIE, GDY…

zbyt optymistycznie podchodzę do czasu i zapominam, że nie jest z gumy, a moje siły (niestety) nie są nieograniczone. Tymczasem terminy gonią, kalendarz pęka w szwach, a mnie co chwila przypomina się kolejna rzecz do zrobienia „na cito”. W takich momentach obiecuję sobie, że to już naprawdę ostatni raz, więcej tyle na siebie nie wezmę, ale – pod tym względem – przypominam nieco aktorkę, Violettę Arlak, w „Dniu Świra”, która wyjadając synowi chrupki, za każdym razem gdy po nie sięga, powtarza „ooostatni”.

 

MOJE MIEJSCE NA ZIEMI TO…

jeszcze go nie znalazłam. Od kilku lat mieszkam w Warszawie i bardzo polubiłam to miasto. Przyznaję jednak, że straszna ze mnie powsinoga, nie wykluczam więc, że wcale nie zakotwiczę tu na stałe. Dokądkolwiek jednak by mnie nie poniosło, „stare lata” chciałabym spędzić w kraju, w którym się urodziłam i wychowałam, czyli w Polsce
właśnie. Gdzie indziej może i jest więcej słońca, klimat bardziej sprzyjający, a ludzie mniej markotni, ale zawsze, gdy na dłużej wyjeżdżam za granicę, brakuje mi poczucia, że w 100% rozumiem dane miejsce i jestem „u siebie”.

 

MÓJ PLAN NA EMERYTURĘ TO…

przeczytać wszystkie książki, które tak ochoczo kupuję, a następnie z braku czasu odkładam na półki i raz po raz do nich wzdycham. Poza tym z tyłu głowy wciąż kołacze mi szalony pomysł wyjechania dokądś dalej w ramach kilku bądź kilkunastomiesięcznego wolontariatu. Jeśli nie uda się teraz, to może na emeryturze właśnie? Kto powiedział, że emeryt nie może udzielać się społecznie?

Ukończyła etnolingwistykę i filologię włoską na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a następnie Interdyscyplinarne Podyplomowe Studium Kształcenia Tłumaczy na Uniwersytecie Warszawskim oraz Prawo dla tłumaczy przysięgłych i specjalistycznych na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. W marcu 2017 roku zdała egzamin na tłumacza przysięgłego języka hiszpańskiego. Obecnie pracuje na własny rachunek, wykonując m.in. tłumaczenia zwykłe i przysięgłe, zarówno dla osób prywatnych, jak i firm, a także na rzecz organów państwowych. Tłumaczy teksty techniczne, ekonomiczne i prawnicze, a także wszystko, co wpadnie jej w ręce i jednocześnie wyda się interesujące. W wolnym czasie chętnie angażuje się społecznie – przez kilka lat wespół z Fundacją Bátor Tábor koordynowała warsztaty z dziećmi cierpiącymi na choroby onkologiczne na oddziałach dwóch warszawskich szpitali, aktualnie pomaga Fundacji „z doskoku” oraz angażuje się w wybrane projekty charytatywne.

Ten wywiad ukazał się pierwotnie w ET.mag, wyjątkowym minimagazynie dla tłumaczy. Jeśli chcesz na bieżąco czytać kolejne numery ET.mag, zapisz się na listę.

Inne artykuły z ET.mag, które mogą Ci się spodobać

Share This