ŹRÓDŁO NOWEJ ENERGII

Tłumaczka w Himalajach

12-04-2018

Diana Jankowiak

styl życia

2

rzeka

Balkon, czerwcowe słońce, dobre czerwone wino i rozmowy o planowanych i wymarzonych podróżach: „Myślę, że wyjadę na rok i zacznę od Nepalu. Jest tam taka trasa trekkingowa, wokół Annapurny. Podobno do zrobienia.” – tak Anneke zasiała w mojej głowie pomysł na wyprawę do Nepalu.
Prawie rok później leżę w pokoju na wysokości 3300 m n.p.m., szykując się do snu. Nie minęła dwudziesta, ale to podczas trekkingu idealna pora na zasypianie. Rano ruszamy jeszcze wyżej i jeszcze dalej.

Do wyprawy do Nepalu przygotowywałam się prawie 3 miesiące. Nie miałam dotąd żadnego sprzętu górskiego, choć trekking wokół Annapurny to nie wspinaczka – wystarczą dobre górskie buty, bardzo ciepły śpiwór i ekstralekkie, ciepłe ubrania. Ale dla mnie przygotowania były złożone. Na zmianę czytałam o trasie i warunkach, robiłam listy zakupów, wybierałam kurtki czy skarpetki i szykowałam biznes na pięciotygodniową nieobecność.
W efekcie wyruszyłam z dość lekkim plecakiem i spokojną głową, choć do ostatniej chwili odsyłałam projekty i ustalałam zakresy odpowiedzialności.
ciężarówka
 
W Himalajach jest inaczej, niż sobie wyobrażałam: wioski tworzą rzędy domków w kolorach tęczy, śpi się w dwuosobowych pokojach, a po kolacji na stół wjeżdża świeżo upieczony jabłecznik z czekoladą. Ludzie pytają o Polskę – podobno wielu młodych górali wyjeżdża do nas za pracą.
Ale lekko nie jest. Pierwsze kroki pod górę z plecakiem to dla mnie szok. Szybko się przyzwyczajam, ale trasy są trudne. Czasem by wejść 200 metrów w górę, trzeba najpierw zejść 600 metrów w dół, żeby potem znowu wejść 800 metrów w górę.
 
brama
 
Piątego dnia wspinaczki podejmuję decyzję o zejściu w dół. Czuję pierwsze objawy choroby wysokościowej i od dwóch dni każdy krok po stromym szlaku to męka.
Trekking zaczęłam kompletnie nie wiedząc, czego się spodziewać. Może wyobrażałam sobie nieco łatwiejsze trasy? Ale powyżej 3000 m n.p.m. musiałam zweryfikować swoje możliwości – okazało się, że oddech przyspiesza, nogi są jak z waty i coraz trudniej cieszyć się z wędrówki w górę.
o proszę, góry
 
Szóstego dnia wracam więc jeepem do Chame, a stamtąd schodzę w dół o własnych siłach. Pierwszą przerwę robię w Tomang – wiosce otoczonej ze wszystkich stron górami. Do tej pory trasa powrotna prowadziła raczej pod górkę, spodziewam się, że od teraz głównie w dół.
Samotne chodzenie jest dla mnie jak medytacja. Stawiam tylko kroki w przód: lewa, prawa, lewa, prawa, nie myśląc przy tym za wiele. Czasem do tego dochodzi zachwyt widokami, czasem radość na widok trasy prowadzącej w dół i mobilizacja na trasie w górę.
góry
 
Nepalczycy są bardzo dumni ze swoich rodzin – w każdej gospodzie na ścianach wiszą zdjęcia ich bliskich. W Danaque, gdzie zatrzymałam się w sobotę wielkanocną, w jadalni wisiał duży plakat ze zdjęciem rocznika 2017 uniwersytetu medycznego. Gospodyni z dumą wskazała na nim syna, który teraz jest już lekarzem i mieszka z dala od rodzinnego domu w Himalajach. Na przeciwległej ścianie stał za to ołtarzyk dalajlamów. Przypomniał mi się od razu duży pokój w mieszkaniu moich dziadków i oprawione w ramkę zdjęcie papieża Polaka.
 
figurka
 
Kolejnego dnia zeszłam do Chiamche, gdzie odespałam wstawanie o świcie, co oznacza, że o 8:15 byłam w drodze. Po 1,5 godziny doszłam pieszo do Jagat, ale już w drodze czułam, że kończę z górami. Wypiłam herbatę imbirową w przydrożnej restauracji i zaraz potem złapałam podwózkę do Besishahar za 700 rupii.
Nepalczycy są zadziwiająco pomocni. Kierowca podwiózł mnie pod kasę autobusową, powiedział sprzedawcy, że jadę do Pokhary i wsadził w busa. Za 500 rupii jadę więc do celu. Jest tylu pasażerów, że z tyłu na 4 miejscach siedzi 5 dorosłych i niemowlę, a między siedzeniami w drugim i trzecim rzędzie pomocnik kierowcy położył deski – dodatkowe siedzenia.
odpoczynek
 
Pokhara to mój ostatni przystanek przed Indiami. W mieście, a właściwie jego turystycznej części nad jeziorem, czuć klimat wakacji. Dni upływają mi na zwiedzaniu świątyń, medytacji, jedzeniu i wygrzewaniu się w słońcu. Jest w czym wybierać: od świeżo złowionych ryb, przez pizzę, owoce i bułeczki cynamonowe, po kuchnię japońską, nepalską i hinduską. Pogoda zwykle mnie rozpieszcza, ale czasami znienacka zaczyna się oberwanie chmury, przez co śniadanie trwa 3 godziny – chowam się przed deszczem, pijąc kolejne kubki herbaty.
W Nepalu nastał wczesny monsun.
selfie
 
 
 
 
Standidesk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • mama napisał(a):

    Jaki piękny dziennik z podróży i świetne zdjęcia. Chcę więcej opowieści i więcej fotek. Ściskajac cieplutko trzymam kciuki za ciąg dalszy himalajskiej przygody.

  • Gabi napisał(a):

    Super opis i piękna podróż 🙂 Czekam na ciąg dalszy!