ŹRÓDŁO NOWEJ ENERGII

Tłumaczka w 8 zdaniach: Martina Russo

16-01-2017

Diana Jankowiak

rozmowy

0

untitled-design7

Jedną ze stałych rubryk magazynu ET.mag jest sekcja „Tłumaczka w ośmiu zdaniach”. W każdym numerze zaproszona tłumaczka odpowiada na zestaw ośmiu pytań dotyczących swojego życia zawodowego. Bohaterką pierwszego numeru była Martina Russo, pochodząca z Włoch tłumaczka ustna i pisemna. Opowiedziała o swoich początkach w branży tłumaczeniowej, o najzabawniejszych zleceniach i ulubionych miejscach.

Martina Russo(1)
Martina Russo pochodzi z Włoch i jest tłumaczką pisemną i ustną (konsekutywną). Tłumaczy z języka angielskiego, niemieckiego i hiszpańskiego na włoski i specjalizuje się w tłumaczeniach audiowizualnych i marketingowych (od SEO po reklamy telewizyjne). Pracuje również dla rynku szwajcarsko-włoskiego. Znajdziecie ją tutaj: movingwordstranslations.com.
Prowadzi także mały, ale świetnie prosperujący biznes – Translator at Work. Tworzy produkty, dzięki którym tłumacze pisemni i ustni, a także freelancerzy z innych branży wyróżniają się w tłumie.
Poniżej przeczytacie jej odpowiedzi na nasze pytania.

JESTEM…

tłumaczką pisemną z języka angielskiego, niemieckiego i hiszpańskiego na włoski (w odmianie szwajcarskiej), tłumaczką konsekutywną w kombinacji angielski/włoski, właścicielką sklepu z naklejkami Translator At Work oraz osobą, która po prostu kocha życie, podróże, koty (niespodzianka, co?), snowboard i wspinaczkę górską. Oficjalną siedzibę mam w Mediolanie i w Zurychu, ale w rzeczywistości od 6 lat mieszkam na różnych kontynentach. Kolejnym celem będą być może na jakiś czas Wyspy Kanaryjskie.

PAMIĘTAM SWOJE PIERWSZE ZLECENIE, BO…

Miałam 20 lat – byłam młoda i naiwna, nie miałam pojęcia, czym tak naprawdę jest tłumaczenie i właśnie wtedy zapisałam się na studia z tłumaczeń pisemych, ustnych i komunikacji.
Po doświadczeniach takich jak praca jako kelnerka, sekretarka czy w końcu pracownica linii lotniczych na lotnisku, z kiepskimi umowami i za bardzo słabe pieniądze, zamieściłam ogłoszenie na eBayu z ofertą lekcji języka i usług tłumaczeniowych. Nie zdawałam sobie sprawy, w co się pakuję.
Trzymajcie się – facet pisze do mnie i pyta, czy przetłumaczę CZTERYSTA STRON KSIĄŻKI FINANSOWEJ z WŁOSKIEGO NA ANGIELSKI za TRZYSTA EURO. A ja? Zgodziłam się.
Wiecie już na pewno, jak skończyła się ta historia –półtora miesiąca bezsennych nocy, bezradność, 400 telefonów dziennie między mną a klientem
(którego celem było właśnie wynajęcie kogoś, kto nie będzie miał pojęcia, co robi, po to, żeby zaoszczędzić pieniądze), komentarze typu: „Po prostu wrzuć to do translatora Google!”. Miałam koszmary jeszcze przez długi czas!

LUBIĘ…

Wstawać rano i znajdować w skrzynce masę maili –wiadomość od klienta, który chciałby, żebym pomogła w projekcie, nowe zlecenie, które przyszło do mnie z polecenia, mail od kogoś, kto właśnie kupił naklejkę Translator at Work i ją uwielbia czy po prostu jeden z ciekawych newsletterów na temat copywritingu, marketingu czy biznesu, które codziennie dostaję. Lubię sączyć – no dobrze, bądźmy szczerzy –pochłaniać litry gorącej herbaty w czasie pracy nad zleceniem i czuć, że mój mózg (powoli) wchodzi na wysokie obroty.
Lubię – nie, ja KOCHAM –pracę nad lekkimi i przyjemnymi projektami, takimi jak tłumaczenie napisów do seriali czy sloganów reklamowych. Lubię pliki, na których łatwo się pracuje (pliki excelowe, przepadnijcie!) i uwielbiam mojego MacBooka. Wiecie, jak to jest – jeśli raz spróbujesz Maca, nie ma już odwrotu!
Lubię pracować z kilkorgiem wspaniałych klientów, zarządzać dla nich zespołem zaufanych tłumaczy i być w stanie brać i płacić stawki wyższe niż przyzwoite.
Lubię zlecenia, w których muszę wykazać się kreatywnością i mam na to wystarczająco dużo czasu!Lubię moment, kiedy kończę długi i trudny projekt i naciskam przycisk „Wyślij”. To poczucie satysfakcji i zmęczenia, myśl: „Teraz muszę to obla !” i faktura op acona od razu (lub z góry!) daj mi mnóstwo radości.
Uwielbiam też wolność, którą daje nam nasz zawód. Możliwość pracy na kanapie, przy stole, w biurze coworkingowym, na plaży, w chatce w górach, gdziekolwiek chcesz. Fakt, że możemy zdecydować, ile kosztują nasze usługi, w jakich dziedzinach chcemy się specjalizować, ile czasu poświęcimy na poszczególne zadania (tak, wiem, żyjemy według deadline’ów, ale wciąż mamy swobodę). A potem wszystko to możemy zmienić!

NAJLEPSZE MIEJSCE DO PRACY TO…

To trudne pytanie. Zauważyłam, że jestem najbardziej produktywna, pracując w zatłoczonych miejscach, takich jak bary, plaża, góry, generalnie za granicą lub w miejscach, gdzie świeci słońce. Może to przez rozmowy w tle albo świadomość, że w kawiarni mam ograniczoną swobodę (nie mogę po prostu odpocząć na kanapie jak w domu) lub motywację, że im szybciej skończę pracę, tym więcej będę mieć czasu na narty, snowboard czy wspinaczkę.

ROBI SIĘ ZABAWNIE, GDY…

To część tylko dla pełnoletnich czytelników. Dwie zabawne sytuacje, które od razu przychodzą mi na myśl:
1) Po przyjęciu projektu opisanego jako „niecodzienne zlecenie” okazuje się, że mam tłumaczyć slogan reklamowy i opisy produktu dotyczące sztucznych penisów. 2) Tłumaczę ustnie rozmowę telefoniczną między klientem
(anglojęzycznym przedstawicielem firmy wydającej karty kredytowe) a osobą mówiącą po włosku, która nie widzi nic nieodpowiedniego w szeptaniu do słuchawki obleśnym głosem sprośnych rzeczy. Nie wiem, jak się zachować, bo mam mówić w imieniu rozmówcy w pierwszej osobie! Cały czas jąkam się tylko, próbując powiedzieć klientowi coś, co nie będzie brzmiało niezręcznie. W końcu klient orientuje się, że coś jest nie tak, i pyta: „O co mu chodzi?”. „On… przekazuje… treści pornograficzne…” – odpowiadam. Klient śmieje się z zakłopotaniem, dziękuje i kończy rozmowę.

ROBI SIĘ POWAŻNIE, GDY…

wszystkie urządzenia przestają działać, a ja mam do zrobienia trzy projekty po 4000 słów w 5 minut. Trados nie współpracuje, plik przesłany przez klienta nie chce się otworzyć, a sieć Wi-Fi nagle przestaje działać. Spokojnie, mam przecież dwie komórki, w których w razie czego można uruchomić opcję mobilnego hotspotu. O nie, jedna nie ma zasięgu. Drugą trzeba doładować (tak, we Włoszech wciąż używamy kart do doładowania), bo dosłownie trzy godziny wcześniej operator postanowił przedłużyć ofertę i zużyłam wszystkie moje środki. A ładowarkę właśnie pogryzł kot.
Technologia potrafi być straszna.

MOJE MIEJSCE NA ZIEMI TO…

Nie mogę wybrać jednego miejsca, jest zbyt dużo takich, które muszę jeszcze zobaczyć! Pewnie jakieś spokojne miejsce, blisko natury, w którym można uprawiać sport, np. surfować, wspinać się, wędrować. Dużym miastom mówię nie!Kawałek mojego serca zostawiłam na Wyspach Galapagos, w Ekwadorze i w Kambodży, w obu tych krajach przez jakiś czas mieszkałam.

MÓJ PLAN NA EMERYTURĘ TO…

Nie mam jeszcze planu na emeryturę! Chcę teraz cieszyć się życiem złożonym z emocji, adrenaliny, podróży, sportu, miłości, dającej spełnienie pracy, odłożyć trochę pieniędzy na emeryturę i kiedyś zobaczymy. Nie wiem nawet, co przyniesie jutro, nie mówiąc już o tym, co stanie się za 70 lat.

1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *