Kiedy na sali rozpraw pojawiają się łzy, wyraźnie widać ciężar roli tłumacza przysięgłego. Ale ten zawód ma też swoje blaski. O pierwszych zleceniach, ulubionym miejscu do pracy i planach na emeryturę, czyli pracę z wyboru w pięknych miejscach, opowiada Tomasz Ratajczyk.

Wypowiedź Tomasza Ratajczyka to część cyklu „Tłumacz w 8 zdaniach”, który ukazuje się w ET.mag – minimagazynie dla tłumaczy. Zaprenumeruj magazyn, a kolejny numer trafi prosto do twojej skrzynki.

Jestem

szczęśliwy, bo robię to, co lubię, a nie przyszło to łatwo. Jestem tłumaczem przysięgłym języka angielskiego,  udzielam się w Związku Zawodowym Tłumaczy Przysięgłych w Polsce i rozwijam działalność swojego biura tłumaczeń. Na studiach, po kilku latach młodzieńczej beztroski, podjąłem decyzję, że chcę być tłumaczem i  specjalizować się w tekstach prawniczych. Od tamtej pory moje studiowanie filologii i prawa było  kierunkowane na osiągnięcie tego celu. Wiele lat wyrzeczeń oraz ponadprogramowej pracy i kilka szczęśliwych splotów okoliczności doprowadziły mnie do miejsca, w którym się teraz znajduję. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie pasja poznawania języków i satysfakcja praktycznie z każdego przełożonego słowa, które rekompensowały  trudne chwile i żmudne szlifowanie warsztatu.

Pamiętam swoje pierwsze zlecenie, bo

Nie za bardzo pamiętam swoje pierwsze zlecenie, bo było to tłumaczenie karty drinków. Kuzyn otwierał we Wrocławiu knajpę o poetyckiej nazwie „Absynt”, gdzie przez pewien czas byłem managerem, a że studiowałem filologię angielską, miałem też wykonać tłumaczenia. Początki, jak to zwykle bywa, były trudne, lecz miały też  swoje zalety, jak choćby komponowanie karty dań i napojów. Do sprawy podchodziłem z powagą, zatem musiałem dokładnie wiedzieć, co tłumaczę, żeby nic nie umknęło między słowami. Po dogłębnej analizie materiałów źródłowych i dniu na spokojne przemyślenia wykonałem tłumaczenie i zostało ono zaakceptowane. Myślę, że wszyscy byli zadowoleni.

Lubię

widzieć, że moja praca jest pożyteczna i natychmiastowo przydatna. Pewnie niektórzy zarzucą mi teraz umniejszanie powagi profesji, ale w niektórych aspektach pracy lubię porównywać się np. do kafelkarza lub malarza, który wchodzi do lokalu, ocenia nakład pracy i mówi „ze trzy dni roboty”, a gdy zabiera się do pracy, wszystko ładnie okleiwszy taśmą zabezpieczającą, rezultaty jego działań stają się widoczne z godziny na  godzinę. Na koniec klient ma do dyspozycji gotowe pomieszczenie. Podobnie jest z tłumaczeniami specjalistycznymi: przychodzi plik do tłumaczenia, następne ewentualnie szybki OCR, solidna rzemieślnicza robota i w efekcie klient ma gotowe „zaświadczenie o niekaralności”, badania lekarskie, czy kartę charakterystyki produktu, żeby zanieść do pracodawcy, ubezpieczyciela, czy pokazać przy kontroli.

Najlepsze miejsce do pracy to

Dla mnie najlepszym miejscem do pracy jest moje domowe biuro urządzone jak w „korpo”, lecz bez zgiełku „open space” i tysiąca rozpraszaczy. Z doświadczenia w korporacji wyniosłem kilka doskonałych rozwiązań technologicznych i awersję do otwartej przestrzeni miejsca pracy. Na co dzień siedzę przed dwoma matowymi monitorami 24” z laptopem podpiętym do stacji dokującej. To w pełni funkcjonalne środowisko pracy
z możliwością wypięcia komputera i płynnego przeniesienia się do miasta do biura coworkingowego w każdej chwili. Podobno trzeci monitor podbija produktywność o kolejne kilkanaście procent, ale to dopiero przede mną 🙂

Tomasz Ratajczyk

Tomasz Ratajczyk

tłumacz przysięgły j. angielskiego,
przewodniczący Związku Zawodowego Tłumaczy Przysięgłych w Polsce,
właściciel biura Yesterday Translations

Robi się zabawnie, gdy

po całym dniu tłumaczenia negocjacji biznesowych, po omówieniu najważniejszych kwestii przychodzi moment pewnego odprężenia. Lubię takie chwile, bo wtedy tak naprawdę zdobywa się dobry kontakt z  kontrahentami na normalnym ludzkim poziomie. Zaczynamy się lepiej rozumieć, a praca tłumacza staje się  łatwiejsza, bo przecież chodzi właśnie o ułatwienie komunikacji.

Robi się poważnie, gdy

na sali sądowej pojawiają się łzy. Specyficzny ciężar odpowiedzialności tłumacza przysięgłego wymaga  bezbłędnego przekładu. Jest klika takich krytycznych dziedzin, jak prawo, medycyna czy niektóre techniczne, gdy od naszej pracy zależy ludzkie zdrowie, życie lub majątek. Z odpowiedzialności za jakość tłumaczenia w sądzie czy na policji nie zwalnia nas nawet najwyższe ubezpieczenie OC, bo oprócz tego ponosimy także odpowiedzialność karną i chyba najpoważniejszą – etyczną. Zawsze należy o tym pamiętać.

Moje miejsce na ziemi to

Moje miejsce na ziemi jest gdzieś pomiędzy rodzinnym Wrocławiem, a chorwacką Dalmacją – w zależności od pory roku. Marzy mi się życie od maja do października w moim wspaniałym mieście, a w pozostałych miesiącach w Chorwacji. Lubię żeglować i dzięki temu poznałem Dalmację, która jest dla mnie niezapomnianą krainą. Oprócz oczywistych zalet klimatu śródziemnomorskiego i powalającej historycznej architektury, ma dla mnie tę przewagę, np. nad Włochami czy Grecją, że mogę się dogadać po polskochorwacku, a jak doskonale
wiemy, język bardzo zbliża. Tworzy to dla mnie bardzo atrakcyjne połączenie. Nie miałbym nic przeciwko posiadaniu domku, np. gdzieś w Dubrowniku, Korčuli, czy Trogirze…

Mój plan na emeryturę to

możliwość wyboru, co tłumaczę i kiedy tłumaczę, czyli praca niekoniecznie w celach zarobkowych. Zawsze
chciałem tłumaczyć literaturę piękną i pomimo mocno ograniczonego czasu potrzeba obcowania z nią nie przestaje się tlić. Na pewno też wrócę do pisania, gdy pojawi się czas i Yesterday Translations stanie się trochę bardziej samowystarczalne. Dlaczego by nie pisać i tłumaczyć z opustoszałego Dubrownika poza sezonem?


ET.mag. Minimagazyn dla tłumaczy

Jeśli ciekawi cię perspektywa innych tłumaczy, to w każdym numerze ET.mag znajdziesz wypowiedź przedstawiciela naszego środowiska. A do tego solidna porcja biznesowych rad, polecane aplikacje, opowieści z podróży i moje felietony. Zaprenumeruj magazyn.

Share This