ŹRÓDŁO NOWEJ ENERGII

Untitled design (4)

Spotykamy się na kawie w czwartkowe popołudnie. Ale to kawa w wersji online, bo każde
z nas siedzi przy własnym laptopie, a rozmowa odbywa się na skypie. O tłumaczach – istotach społecznych, rynku i nadchodzącej rewolucji rozmawiam z Agenorem Hofmannem-Delborem.

 
Diana Jankowiak: Zacznę od gratulacji. Właśnie wydałeś książkę „Programiści i tłumacze: wprowadzenie do lokalizacji oprogramowania” – ta tematyka to nie przypadek. W końcu tłumacze nie żyją i nie pracują w izolacji, a ty od lat działasz właśnie na styku tych dwóch dziedzin.
 
Agenor Hofmann-Delbor: Dziękuję w imieniu swoim i Marty Bartnickiej, współautorki. Prawdę mówiąc, dopiero wczoraj w to uwierzyłem, gdy przyszła do biura pełna książek przesyłka z wydawnictwa. A z tą izolacją bywa różnie. Branża tłumaczeniowa bardzo lubi żyć w swojej „bańce”. Widać to zresztą po tym, jak mało wiedzą o tłumaczeniach osoby, które nie mają z tym żadnej styczności. Zresztą, nie ukrywajmy, wielu tłumaczy jest zainteresowanych tym, żeby utrzymać klientów i znajomych w przekonaniu, że tłumaczenie to czarna skrzynka, w której odbywa się magia. I nic w tym złego, lata pracy i doskonalenia rzemiosła to inwestycja, którą nie jest łatwo po prostu podsuwać innym pod nos. Stąd wystarczy popatrzeć na dowolną stronę internetową biura czy tłumacza – wszędzie te same, mgliste zapewnienia o najwyższej jakości, tysiącach współpracowników, staranności, itd. Prawda jest jednak taka, że ogromnie wielu (potencjalnych) zleceniodawców po prostu nic z tego nie rozumie.
 
DJ: Wynika z tego, że trochę nie nadążamy za rozwojem rynku. W końcu brak równowagi w dostępie do informacji, czyli właśnie niska świadomość klientów działająca na korzyść sprzedającego, to pieśń przeszłości. Internet zmienił zasady gry, też w naszej branży. Cenniki sprawdza się łatwo, równie prosto rozsyła się zapytania do wielu dostawców usług.
 
AHD: To prawda, trudno o lepszy przykład, niż tłumaczenia, jeśli chodzi o dynamikę zmian. To tutaj pierwsze trafiają nowe technologie (przynajmniejwieść o nich, bo trzeba to przetłumaczyć), to tutaj pojawiają się procesy z innych gałęzi przemysłu (szczególnie IT, różne metodyki zarządzania projektami, AGILE itp.). W tłumaczeniach po prostu naprawdę dużo się dzieje, wszystko odbywa się szybciej, a terminy gonią coraz bardziej. To już dawno nie jest zawód dla pustelnika z gęsim piórem. Ale też, żeby nie było, jest tu wciąż ogromnie wiele wąskich dziedzin i wcale nie trzeba być młodym, dynamicznym, ośmioręcznym specjalistą od nowoczesnych aplikacji, żeby za tłumaczenia się zabierać. Specjalizacji wystarczy dla wszystkich, którzy rzeczywiście chcą to robić. Z pewnością też pomoże, jeśli lubi się tę robotę.
 
DJ: Stąd też mnogość ofert w Internecie: tłumaczenia 24/7, najtaniej, a przy tym zawsze profesjonalnie i w najwyższej jakości. Dobrzy, doświadczeni tłumacze, którzy nie chcą pracować za przysłowiowe fistaszki, mogą się w tym odnaleźć?
 
AHD: Chciałbym powiedzieć, że tak, bo przecież Internet daje nam możliwość pracy dla dowolnego klienta z całego globu. Widać jednak, że takie procesy powodują rosnącą frustrację w branży. Trudno jednak dziwić się tłumaczom. To ludzie ze swoimi emocjami, obawami, rachunkami do zapłacenia. Niepewność nie służy żadnemu biznesowi, a przecież tłumaczenia mają przede wszystkim dać chleb zajmującym się tą profesją. Tyle że nikt nie ma lekko. Niemal każda branża dramatycznie zmieniła się w ostatniej dekadzie. Czy ktoś uwierzyłby w to, jak żyją dzisiejsi ludzie, gdyby opisać mu to w latach 80.? Połowa dnia spędzona na „lubieniu” wypowiedzi, gapieniu się na zmianę w mniejsze i większe ekrany, robienia zdjęć selfie-stickiem itd. To wszystko wpływa na wszystkie branże, również na branżę tłumaczeniową. Ludzkie interakcje wyglądają po prostu inaczej. A skoro tak, to i prowadzenie działalności musi wyglądać inaczej.
 
DJ: Przez to też zaczęliśmy budować zupełnie nowe rodzaje społeczności. Wystarczy spojrzeć na internetowe grupy tłumaczy – jedną z nich sam założyłeś i moderujesz.
 
AHD: Pozdrawiam serdecznie grupę TŁUMACZENIA. Te społeczności nie są do końca nowe – one zawsze istniały, po prostu mniej osób było zaangażowanych w technologie tego typu. Tworzyły się wówczas mniejsze, bardziej kameralne grupki. Do dzisiaj zresztą można je spotkać na IRC-u czy Usenecie. Dziś dostęp do takich społeczności ma każdy od ręki. Bariera wejścia na rynek jest dziś znacznie niższa. Może dlatego nowicjusze bywają przyjmowani mało entuzjastycznie. Z drugiej strony wydaje mi się, że trudniej przetrwać początek, gdy można liczyć tylko na zlecenia drugiej jakości. Grupy branżowe tłumaczy nie różnią się od innych grup skupionych wokół określonej profesji lub hobby. Wyróżnia je jednak to, że zdecydowana większość tłumaczy pracuje samemu. A to ma swoje konsekwencje.
 
DJ: Jesteśmy odludkami? Przecież wszędzie nas pełno. A charakter pracy tłumacza w dzisiejszych czasach ciągle wymaga współpracy – z biurami, z korektorami, z kolegami i koleżankami po fachu. A może przede wszystkim z klientem.
 
AHD: To prawda. Tylko nie każdy tłumacz jest taki sam. Są tłumacze, którzy 95% czasu spędzają w domu z kotem i kubkiem kawy, wymieniając kilkanaście maili miesięcznie .Często też godziny robocze tłumaczy są przesunięte w stosunku do innych zawodów. Gdy tłumacz pracuje, inni często śpią. Gdy inni spotykają się, tłumacz kończy zlecenie. I tak dalej. Nie chcę jednak generalizować, bo są przecież tłumacze, którzy doskonale odnajdują się społecznie. Tacy tłumacze zresztą w sposób zauważalny świetnie sobie radzą również zawodowo. Tłumaczenia to taka dziedzina, która bardzo premiuje otwartość – można się sporo dowiedzieć i nauczyć bezpośrednio od ekspertów, można przeczytać coś niedostępnego dla innych, spotkać ciekawych ludzi, uczyć się na cudzych błędach. Jednak stara internetowa zasada „lurkerów” mówi, że w dowolnej grupie ludzi tylko 20% będzie wykazywać jakąkolwiek aktywność, a 80% będzie jedynie przyglądać się z boku. To zresztą dotyczy każdej aktywności – dyskusji internetowych, udziału w stowarzyszeniach, jeżdżenia na konferencje, podnoszenia swoich kwalifikacji, robienia czegoś dla branży itd. Wystarczy popatrzeć ilu osobom chciało się w ostatnich latach wydawać czasopismo branżowe – ET.mag jest jedynym, chlubnym wyjątkiem. Gratulując Ci świetnej roboty, zastanawiam się też, dlaczego tak jest, że tłumacze nie kwapią się do aktywności.
 
DJ: Myślę, że łatwo ugrzęznąć w codzienności, w „bańce”, o której wspominałeś. Ale widać na przykład, że popularność konferencji branżowych rośnie – sama od lat biorę udział we współorganizowanej przez ciebie konferencji TLC i spotykam mnóstwo ludzi, którzy nie mogli się doczekać wyjścia z własnych czterech ścian. To chyba trend globalny, w końcu uczestnicy są z całego świata.
 
AHD: I tak, i nie. Popularność imprez tłumaczeniowych rośnie, jest ich też coraz więcej, stają się coraz bardziej przystępne cenowo. Nadal jednak mówimy o imprezach na kilkaset osób. To oznacza, że na imprezy tłumaczeniowe jeździ maksymalnie kilka procent całej branży. I od lat próbuję zrozumieć, co by zaciekawiło i zmotywowało pozostałą część. Niektórzy tłumacze traktują spotkania bardzo użytkowo – przeszkolić się z czegoś. Inni społecznie – spotkać ciekawych ludzi z różnych krajów, znaleźć klienta. Kluczem jest próba spełnienia różnych oczekiwań. Cieszy mnie jednak, że jest coraz większa grupa, która po prostu takie coroczne spotkanie branżowe traktuje jako punkt obowiązkowy w swoim rocznym kalendarzu. Jeśli na taki punkt wybiorą TLC, mogę być tylko wdzięczny i dumny. Ale to dopiero po konferencji. Wcześniej jest zawsze tylko stres i walka z tysiącem spraw.
 
DJ: Dopiero co wydałeś książkę, a już 24-25 marca odbywa się tegoroczna konferencja. To też sposoby na uświadamianie i edukowanie – na konferencji tłumaczy, a przez książkę również klientów? Czujesz, że zmieniasz rynek?
 
AHD: Z tym, że klientów trzeba edukować, zgodzi się pewnie każdy tłumacz, który musiał walczyć ze źle przygotowanym materiałem, który po prostu nie nadaje się do lokalizacji. Ta walka jest podejmowana od dawna – każda duża firma ma ogromne podręczniki pełne zasad, które mają być stosowane przy tworzeniu oprogramowania, dokumentacji i materiałów. Tyle że nikt ich nie czyta, bo są nudne, przytłaczające i zbyt obszerne. Kluczem jest pokazanie, że tłumaczenia mają ogromne znaczenie. Że mogą w fascynujący sposób łączyć się
z innymi obszarami i przenikać je. Oczywiście jestem realistą – uda się dotrzeć tylko do części klientów. Z drugiej strony książka jest też skierowana do tłumaczy, którzy boją się lub nie rozumieją niuansów lokalizacji oprogramowania. Nie zmieniam rynku, ale, trochę naiwnie, chcę dokładać swoją cegiełkę do rzeczy fajnych i potrzebnych. Zresztą dlatego powstały te wszystkie konferencje, artykuły i książka. Zachęcałem już tłumaczy do ruszenia tyłków. Chciałbym też zachęcić do robienia rzeczy irracjonalnych biznesowo, ale dających satysfakcję. Zaskakująco często procentuje to w pozytywny sposób również w życiu zawodowym.
 
DJ: I pewnie daje „kopa” do dalszej pracy! Zaczęliśmy od zmian na rynku i o to też chciałam cię zapytać na koniec. Technologia zmienia się od lat, ale największe zmiany dopiero przed nami. Jesteśmy gotowi na tę rewolucję?
 
AHD: Na technologię na pewno. Pytanie brzmi raczej, w jaki sposób będzie wykorzystywana. W swojej pracy często widzę, że czasami „mieć narzędzie” w niektórych firmach jest bardziej istotne, niż „umieć je zastosować z głową”. Aby przewidzieć, czy jesteśmy gotowi na to, co będzie, najprościej przeprowadzić mały eksperyment myślowy i odpowiedzieć sobie na pytanie – jak dzisiejsze czasy wyobrażałem sobie 10 lat temu. A potem spróbować pomyśleć o tym, co za 10 lat. Jedyne, co można zrobić, to być na bieżąco. I mieć otwarty umysł, pamiętając o tym, że tłumaczenia to absolutnie unikatowa dziedzina, która pozwala spinać ze sobą różne światy, technologie i dziedziny wiedzy. Tłumacze to pod tym względem farciarze, mogąc trochę z drugiego rzędu obserwować rzeczy niedostępne dla innych śmiertelników.
 
DJ: A czekają nas ekscytujące czasy, będzie czemu się przyglądać.
 
AHD: Może właśnie dlatego uważam, że spotkania z tłumaczami to taka fajna sprawa – zawsze można się czegoś dowiedzieć. Oczywiście zakładając, że tłumacz dla odmiany wypije kawę w towarzystwie kolegów z branży. A nie
CAT-a.
 
 
AGENOR HOFMANN-DELBOR: Absolwent informatyki na Politechnice Szczecińskiej, gdzie w 2008 obronił rozprawę doktorską. Od kilkunastu lat aktywny uczestnik branży tłumaczeniowej w Polsce, autor licznych kursów edukacyjnych, przewodników i artykułów z zakresu narzędzi CAT oraz lokalizacji oprogramowania, certyfikowany trener i wdrożeniowiec. W branży podejmował się różnych ról: inżyniera lokalizacji, tłumacza, trenera, testera lokalizacji oprogramowania, koordynatora działu informatycznego, kierownika projektów, dyrektora ds. rozwoju, dyrektora sprzedaży, i wielu, wielu innych. Założyciel firmy Localize.pl. Pomysłodawca i organizator jednej z największych cyklicznych europejskich konferencji branżowych „The Translation and Localization Conference” oraz „Konferencji tłumaczy”. Założyciel i moderator grupy „TŁUMACZENIA” na Facebooku. Współautor wydanej przez Helion SA książki „Programiści i tłumacze: wprowadzenie do lokalizacji oprogramowania” (luty 2017). Prywatnie uzależniony od muzycznego jam session, wokalista i autor piosenek.
 
 
wizytownik żagle

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *