Gwiazdka coraz bliżej, tradycyjnie więc przygotowałam dla was subiektywną listę prezentów idealnych dla tłumaczy. Tym razem na liście nie ma ani jednej książki, choć wszystkim polecam „Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego i „Ości” Ignacego Karpowicza – dwie książki doskonałe, choć bardzo od siebie różne. Moja biblioteka pęka w szwach, więc myśląc o prezentach starałam się skupić na nieco innych kategoriach. Na liście znalazło się sporo rzeczy, których już używam i kilka, które chętnie niedługo przetestuję. Przejrzyj listę 12 idealnych prezentów dla tłumaczy i sprawdź, co w tym roku polecam!

Jaki prezent dla tłumaczki?

1. Rośliny oczyszczające powietrze

W tym roku odkryłam rośliny. Wiem, późno. Do tej pory wydawało mi się jednak, że rośliny dziwnym trafem zawsze umierają w moim otoczeniu, więc wolałam oszczędzić im tego losu.

Przekonała mnie projektantka wnętrz, która zachwalała magię roślin doniczkowych w domu i w biurze. Zaczęłam więc od sukulentów (wszystkie nadal żyją!), potem doszła do tego kolejna roślina, a niedawno jeszcze jedna. Kupiłam nawet książkę „Jak nie zabić swoich roślin”, ale czeka w kolejce na lekturę.

Rośliny trafiły na listę na pierwszym miejscu nie tylko dlatego, że są doskonałym dodatkiem we wnętrzach, ale też ze względu na swoje oczyszczające właściwości. Jakiś czas temu (no dobra, dość dawno temu) NASA opublikowała listę roślin doniczkowych filtrujących powietrze. Nawet jeśli nie sprawdzacie stanu powietrza przed wyjściem z domu (w końcu wyjść i tak trzeba) i smog nie jest dla was tematem nr 1, roślina na prezent sprawdzi się zawsze.

Co prawda roślina doniczkowa nie oczyści powietrza z pyłów zawieszonych, ale  z innych zanieczyszczeń już tak. Na przykład wężownica (też na liście NASA), bardzo łatwa w uprawie. Na pewno pamiętacie ją z klas w szkole, jest chyba nieśmiertelna.

2. Audiobook w oryginale

Lubię dawać prezenty, dlatego zwykle przed ważną okazją intensywnie wsłuchuję się w to, co mówi osoba, którą chcę obdarować. Czekam na sygnały, aluzje, wskazania, czego chce, co jej się spodoba. Najtrudniej mam z mamą – jej nigdy nic nie trzeba! W tym roku udało mi się jednak dać jej prezent, który sprawił jej ogrom radości. Spodobał jej się tak, że od Dnia Matki mówi o nim w co drugiej rozmowie telefonicznej!

To właśnie po mamie odziedziczyłam talent do języków (dzięki, mamo!). Moja mama mówi biegle po włosku, dlatego wpadłam na pomysł, by sprawić jej sagę neapolitańską Eleny Ferrante. Ale że mama rzadko siedzi spokojnie, dlatego wybrałam audiobooki.

Myślę, że audiobooki w oryginale mogą przypaść do gustu tłumaczom. W końcu i tak bardzo dużo czasu spędzamy z tekstami i dokumentami, dużo czytamy niezależnie od tego, czy tłumaczymy ustnie, czy pisemnie. Audiobooki mają tę zaletę, że można ich słuchać, jadąc do pracy czy na zlecenie, więc świetnie nadają się dla zabieganych. Dla włoskojęzycznych polecam oczywiście Ferrante (choć jest tak intensywna, że po każdej z książek muszę robić długą przerwę – niedawno skończyłam cz. 3.). Dla anglojęzycznych najnowszą część książek o Cormoranie Strike’u autorstwa Roberta Galbraitha – to naprawdę doskonała literatura. Dla niemieckojęzycznych książki Nele Neuhaus lub „Kaltes Wasser” Jakoba Heina.

3. Coś do pisania, coś do spinania

Jeśli czegoś warto się pozbyć z biurka, to sterty tanich, plastikowych długopisów reklamowych z logo różnych firm i organizacji. W tym roku zdobyłam się na ten wybitnie radykalny krok po rozmowie z koleżanką, która zachwalała mi metodę Marie Condo. Podobno trzeba wziąć w rękę przedmiot (np. taki właśnie kiepski długopis) i zapytać się: „Czy naprawdę go lubię”? Brzmi to może nieco przesadnie, ale przekonało mnie to. Zaczęłam pozbywać się nadmiaru rzeczy, których nie lubiłam. Zamiast sterty plastikowych długopisów wybrałam dwa takie, którymi przyjemnie się pisze. Odgruzowałam przestrzeń wokół siebie.

Nie muszę wam mówić, że lubię ładne rzeczy – znacie mnie na pewno z tej strony. Dlatego też w sklepie pojawiły się piękne i wesołe długopisy, a jeszcze wcześniej zachwycające spinacze w kształcie psów i kotów.

To drobiazgi, ale mnie umilają pracę w biurze. Czy jest różnica między spięciem dokumentów zwykłym, nudnym metalowym spinaczem, a złotym spinaczem w kształcie pieska? Subtelna. Esteta ją doceni. A wy mu takim prezentem dacie dużo radości na co dzień.

Zdjęcie: Midori

4. Uchwyt popsocket

Sama jeszcze nie mam tego gadżetu, ale podpatrzyłam je u Kasi, stażystki Energii Tłumaczy. Popsocket to specjalny uchwyt, który mocuje się z tyłu telefonu. Służy do trzymania, ale też postawienia telefonu w pionie lub w poziomie na stole. A przede wszystkim pomaga uchronić się przed wypadaniem telefonu z ręki w różnych sytuacjach, które najlepiej pokazuje filmik na stronie producenta. 

Można zażyczyć sobie uchwyt w kolorach firmowych, z logo lub wybrać jeden z gotowych modeli. Mała rzecz, a bardzo się przydaje 🙂

5. Piękny papier

Uwielbiam papier. Staram się żyć ekologicznie i ograniczam się w wielu aspektach, ale jednego sobie nie odmawiam. Pięknych notatników, w których prowadzę Bullet Journal. Dzięki tej metodzie udaje mi się działać na wielu frontach jednocześnie, o niczym nie zapominać i mieć świetne rozeznanie w mojej biznesowej rzeczywistości.

Sporo o miłości do papieru pisałam w artykule o akcesoriach w pracy tłumacza. Może on też będzie inspiracją w wyborze prezentu dla kogoś, kto tak jak ja lubi piękne przedmioty użytkowe i ucieszy się jak dziecko z eleganckiego notatnika z grubego papieru wysokiej jakości?

Mój ulubiony miedziany Leuchtturm.

6. Coś smart

Na przykład długopis Neo Smartpen. Od dłuższego czasu śledzę produkty pozwalające notować na papierze i zapisywać notatki w formacie cyfrowym. Neo to co prawda wyższa półka cenowa (jak większość produktów tego typu), ale… bardzo kusi mnie, by go przetestować. Taki długopis świetnie by się sprawdził do notowania słów i wyrażeń podczas researchu przed tłumaczeniem ustnym. Najbardziej lubię notować na papierze, ale zwykle korzystam jednak z tabeli na komputerze – cyfrowe glosariusze dużo łatwiej przegląda się w drodze.

Neo trafia więc na moją listę życzeń do mikołaja w tym roku. Polecam film pokazujący doświadczenia użytkowników (i kotów) z Neo.

7. Nutribullet

Widzieliście „Bridget Jones 3”? Mnie Bridget niezmiennie śmieszy, nawet z Renee z odmienioną twarzą. W jednej ze scen nowa szefowa Bridget mówi: „I want to Nutribullet the s**t out of this”. Czyli… wycisnąć temat jak cytrynę, delikatnie mówiąc.

Nutribullet kupiłam w drugiej połowie tego roku, bo… mój dotychczasowy blender naprawdę nie radził sobie z jarmużem. I faktycznie, Nutribullet zmieli wszystko w sekundę, mogę zaświadczyć o tym osobiście.

Jeśli macie czasem problem z wymyśleniem pięciu (a może nawet trzech) posiłków dziennie, spróbujcie koktajli. Wrzucacie kilka warzywno-owocowo-orzechowych składników do blendera, zalewacie wodą i voila! Nutribullet polecam na prezent dla każdego zabieganego tłumacza, któremu dobrze zrobi dodatkowa porcja warzyw lub owoców dziennie. 

8. Szansa na rozwój zawodowy

Z kategorii wysokobudżetowych polecam też bilety na konferencje branżowe. W 2019 roku na pewno warto rozważyć warszawską Translation & Localization Conference w marcu oraz BP Conference, która w przyszłym roku odbędzie się w maju w Bolonii.

9. Profesjonalne zdjęcia

Uważam, że własną markę buduje się również przez swój wizerunek. O tym, dlaczego warto zainwestować w profesjonalną sesję fotograficzną, pisałam w artykule na blogu.  

Karnet na sesję to zawsze dobry prezent, choć zdecydowanie należy do kategorii wysokobudżetowej. Wielu fotografów oferuje jednak zniżki przed końcem roku, więc sprawdźcie, może uda wam się znaleźć dobrą, przedświąteczną ofertę.

 

Kadr z mojej ostatniej sesji wizerunkowej. Zdjęcie: Camera Piotrka, Piotr Wroniewicz

10. Kawa w dobrej oprawie

Albo i herbata, dla tych, którzy tak jak ja kawy nie piją. Kubek KeepCup to ekologiczna szklana alternatywa dla plastikowych lub metalowych kubków termicznych. Może nie utrzymuje temperatury tak długo jak tradycyjne kubki termiczne, ale pozwala zabrać z sobą kawę i herbatę w podróż.

Podoba mi się też minimalistyczny design kubka. Od razu wpisuję go na swoją listę życzeń do Mikołaja 🙂

11. Solidna dawka wiedzy

Rozwój zawodowy jest wpisany w naszą profesję. Tłumacze nie tylko muszą się stale kształcić – większość z nas zwyczajnie lubi uczyć się nowych rzeczy! Dlatego karnet na kurs to zawsze dobry prezent.

Ale uwaga! Zanim wybierzesz kurs najlepiej skonsultuj się z obdarowanym i przemyśl, ile czasu i energii będzie musiał zainwestować w jego ukończenie.

Właśnie dobiega końca kurs Textem, który ja sprawiłam sobie w ubiegłym roku pod choinkę, tu edycja 2019 (angielski) i drugi, analogiczny kurs dla tłumaczy j. niemieckiego. Przez dwa semestry wchłonęłam tyle wiedzy i wykonałam tyle zadań, że czuję się jak po dodatkowym fakultecie. Planuję jeszcze powtórzyć kurs we własnym zakresie, bo po zakończeniu semestru będę dalej miała dostęp do wszystkich materiałów.

Moja niespodzianka dla was to specjalna zniżka, którą Textem przygotował dla was, moich czytelników. Na hasło et.mag otrzymacie aż 100 zł zniżki, wystarczy, że zdecydujecie się na zakup do końca 2018 roku.

Czy kursy Textem są trudne? Są wykonalne, tak to nazwę! Dwusemestralne kursy na pewno sprawdzą się lepiej w przypadku osób, które są z natury systematyczne.

Myślę jednak, że wartość takiego kursu jest nieporównywalna do krótkich szkoleń, które zwykle kosztują co najmniej kilkaset złotych. Tu otrzymałam solidne, wielomiesięczne szkolenie i miałam czas nie tylko oswoić się z materiałem, ale przepracować tematykę i słownictwo z różnych dziedzin prawa. Polecam bez dwóch zdań 🙂

 

Poznaj innych tłumaczy…

i popracuj nad równowagą między pracą, a przyjemnym życiem. W mojej grupie na FB tłumacze wzajemnie się wspierają i rozmawiają o tym, jak rozwiązywać problemy, mniej pracować i lepiej żyć. Dołącz do nas.

Share This