ŹRÓDŁO NOWEJ ENERGII

Paradoks rozwoju

07-09-2016

Diana Jankowiak

praca

0

Czasami najtrudniej zdecydować, kim właściwie jest Twój klient

Na pytanie „Jaka jest największa zaleta pracy jako tłumaczka?” w roku 0 odpowiadałam: „Ciągle się rozwijam, uczę, poznaję mnóstwo tematów i zgłębiam wiedzę”. Teraz, po pięciu latach niechętnie przyznaję, że to też największy minus tego zawodu – nieustanny niedosyt, poczucie niedoskonałości i konieczności rozwoju w nieskończonej liczbie dziedzin.

Tak, perspektywa bardzo się zmienia z czasem. Podobnie jest w przypadku pracy z domu i elastycznego grafiku. Dla wielu to marzenie, ale nie wszyscy potrafią potem zmobilizować się do pracy siedząc w salonie w dresie, albo odwrotnie – przestać pracować, skoro prawie z biura nie wychodzą.
 
Na studiach bardzo mnie zadziwiło, gdy w przypływie szczerości jedna z prowadzących, tłumaczka ustna z wieloletnim doświadczeniem wyraziła rozgoryczenie tym, co nazywam paradoksem rozwoju i wieczną „niedoskonałością” – od lat zgłębia różne dziedziny, nieustannie przygotowuje się do kolejnych zleceń, uczy się nowych słów i wyrażeń, poznaje procesy od środka. A jednak, gdy porównuje się z rówieśnikami pracującymi w innych branżach widzi ogromny rozdźwięk. Podczas gdy oni awansują lub stają się ekspertami w swoich dziedzinach, ona właściwie stoi w miejscu – mimo nieustannego rozwoju i inwestowania w wiedzę i umiejętności. Nigdy nie dostanie awansu, nie podniesie dochodów ponad pewną granicę, ale też nie dojdzie do poziomu eksperckiego.
 
Taki stan rzeczy wynika po części z charakteru naszej pracy i z tego, że możliwość specjalizacji jest nieco „wirtualna”. Możemy przyjmować więcej zleceń z tej czy innej dziedziny, ale nie odmówimy też tłumaczenia na innych wydarzeniach, w ogóle poza naszą wymarzoną specjalizacją.
 
Wyjątek dotyczy oczywiście tłumaczy typowo medycznych czy przysięgłych, u których występuje bardzo duża powtarzalność tematyki. Choć domyślam się, że tłumacz medyczny też ciągle się uczy, ale w zawężonej dziedzinie – dąży właśnie do statusu eksperta.
 
Dlaczego o tym piszę? Ponieważ coraz częściej zmagam się z paradoksem rozwoju i wizją tłumaczki idealnej, którą być może nigdy się nie stanę, bo to ideał kompletnie wirtualny, nierealny.
 
Paradoks rozwoju polega na tym, że nawet gdybyśmy znajdowali czas i siłę na to, co potrzebne by stać się idealną tłumaczką i tak nie osiągniemy doskonałości. Po pierwsze wiedzy na świecie jest w tym momencie tak dużo, że nikt nie mógłby nauczyć się wszystkiego. Nie wspominam o kwintylionach danych, które codziennie generujemy. Wielkie liczby podawane w różnych źródłach internetowych uwzględniają bardzo wiele danych roboczych, np. te gromadzone przez różne czujniki, ale też całą masę internetowego jazgotu, czyli wszystkiego co miliony ludzi dziennie publikują online, od zdjęć jedzonej właśnie kanapki, po artykuły, książki, filmy. Mimo to danych wartych poznania wciąż jest za dużo, żebyśmy mogli się z nimi wszystkimi zapoznać.
 
Z tego argumentu wynika też kolejny – wspomniany internetowy jazgot. Sam fakt, że tak wiele bezużytecznych danych się publikuje, sprawia, że bardzo trudno przedrzeć się do tego, co wartościowe. Mamy więc do czynienia ze wzmożonym wysiłkiem zdobycia wiedzy.
 
Po trzecie uczymy się tego, co z naszej perspektywy wydaje się potrzebne (pomijam uczenie się z innych przyczyn, np. dlatego że coś nas po prostu interesuje). Rzeczywistość jednak nieustannie weryfikuje nasze wybory i okazuje się, że na rynku akurat potrzebna jest inna wiedza. Rzucamy się więc w wir dokształcania choćby na temat coraz popularniejszej rzeczywistości wirtualnej, a biuro dzwoni ze zleceniem dotyczącym branży beauty. Nie znam tłumacza, który odmówi, bo jeszcze się z tego tematu nie dokształcił. Siadamy i zaczynamy czytać o kosmetykach, zabiegach i procesach starzenia się skóry. Takie sytuacje wynikają przede wszystkim (ponownie) z charakteru i zmienności naszej pracy. Czyli dokładnie tego, co często traktujemy jako ogromną zaletę naszego zawodu.
 
Tak częsta zmiana tematyki ma wiele plusów – sprawia, że tłumacze są pewnie jedną z najbardziej oczytanych i obeznanych grup zawodowych, wiedzą „coś” na prawie każdy temat i wiele na niektóre. Zaryzykuję jednak tezę, że nieustanna nauka, wirtualna specjalizacja i niedoścignieni tłumacz i tłumaczka idealni są dla nas źródłem trwałego stresu.
 
Sądzę, że wynika to z tego, co nazywamy prawem malejących przychodów, jak dowiedziałam się z „Business Guide for Translators” Marty Stelmaszak (Marta, dziękuję!). Mówiąc krótko inwestujemy w siebie, w rozwój zawodowy, ale każde kolejne szkolenie, każda kolejna przeczytana książka w mniejszy sposób wzbogacają naszą wiedzę, aż w końcu przestają wpływać na nasz status w zawodzie czy na stawki. Dlatego zapewne pojawia się uczucie inwestycji (czasu) bez stopy zwrotu (nie zarabiam więcej).
 
Warto zwrócić uwagę na to, że nasze rosnące kompetencje najczęściej zupełnie nie przekładają się na wzrost przychodów. Stawki na rynku tłumaczeń są tak zabetonowane (pomijam dumping), że prawdopodobieństwo wzrostu wynagrodzeń jest bardzo niewielkie. Możemy co prawda pracować więcej, ale rosnąca podaż (więcej tłumaczy na jednym rynku) nie jest po naszej stronie. Do tego nasze moce przerobowe mają swoje granice – każdy ma jakiś limit w postaci maksymalnej liczby stron, które może przetłumaczyć w miesiącu czy liczby dniówek, jakie może przyjąć jako tłumacz ustny bez ryzyka wyczerpania fizycznego i psychicznego.
 
Ostatnim czynnikiem, jaki powinniśmy wziąć pod uwagę są utracone korzyści. W każdej chwili, gdy uczymy się, podnosimy kompetencje, czytamy czy robimy prasówkę nie zarabiamy. Jeśli więc nasze stawki nie są wystarczająco wysokie, łatwo odczuć dyskomfort związany z brakiem namacalnego zysku z inwestycji naszego cennego czasu.
 
Być może jednak nie da się zrezygnować z paradoksu rozwoju – stanowi w końcu nieodłączną część naszego zawodu. Tego też nas uczono. Pewnie większość tłumaczy ma w głowie wpojony jeszcze na studiach wzór na sukces w zawodzie i profesjonalizację. Taki schemat jest wpisany w nasz zawód i ma jasne uzasadnienie. Żeby tłumaczyć dobrze i sprostać oczekiwaniom klientów musimy wiedzieć. W ten sposób też budujemy wizerunek u klientów, potwierdzamy swoje kompetencje, ale też miło łechcemy własne ego – nie oszukujmy się. Nie jestem wyjątkiem, mimo wszystkich argumentów, które podaję, uważam, że rozwój jest niezbędny, byśmy mogli stale oferować wysoką (rosnącą?) jakość.
 
Być może też warto zdać sobie sprawę, że paradoks rozwoju dotyczy wszystkich tłumaczy. To nie jest wyjątkowy rodzaj presji, którą tylko ja odczuwam – chyba że wyprowadzicie mnie z błędu i zaprzeczycie. Nikt z nas nie zbliży się do ideału, ale to nie znaczy, że możemy przestać do niego dążyć. Trochę żałuję, że nie do końca uwierzyłam prowadzącej ze studiów, gdy opowiadała o swoich doświadczeniach. Ale wiem też, że nie zmieniłoby to mojej decyzji. Zawód tłumacza nadal postrzegam jako jeden z najbardziej fascynujących. W końcu ciągle uczę się czegoś nowego.
 
 
 
 
Jeżeli interesuje Cię temat rozwoju zawodowego, poczytaj koniecznie artykuł o tym, po co się szkolić.
 
 
Copy of A tymczasem w sklepie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *