Najpierw studia – intensywne, ciężkie, wypełnione nauką od rana do wieczora, właściwie przez cały semestr, niepozwalające na znane mi tylko z opowieści życie studenckie. Po studiach od razu pierwsza praca, świetna, inspirująca, w której zdobywam pierwsze kilkadziesiąt dni doświadczenia w tłumaczeniu ustnym. Początek jak marzenie. Gdy niedługo potem zakładam działalność gospodarczą i wkraczam na ścieżkę freelancera, orientuję się, że mogę pracować elastycznie, kiedy i gdzie chcę. W moim wykonaniu „elastycznie” oznacza od rana do wieczora, często do 21. Mam przecież w głowie tyle pomysłów! Czy to już pracoholizm? I czy tak mają też inni tłumacze?

Definicja pracoholizmu

Wpisuję w wyszukiwarkę hasło „pracoholizm definicja”. Na pierwszym miejscu pojawia się oczywiście Wikipedia, ale czuję dziś wewnętrzny bunt, więc wybieram portal mojapsychologia.pl, który definiuje pracoholizm w ten sposób:

Pracoholizm kliniczny a wersja light

Od razu chcę zastrzec, że nie mówię o klinicznych przypadkach pracoholizmu, który jest zaburzeniem i podlega leczeniu. Takim, który wyniszcza organizm, zaburza wszelkie relacje.

Mówię raczej o stanie umysłu. Pracoholizm – poświęcenie pracy, ambicja, ogarnianie, zapieprz – długo był u nas gloryfikowany. Dopiero od kilku lat coraz głośniej mówi się o hygge, odpoczynku, równowadze. Sam Harris wydał aplikację do nauki medytacji, a żeby ćwiczyć jogę nie trzeba nawet wychodzić z domu, wystarczy odpalić kanał Yoga with Adrienne na Youtube. Ale to chyba nie znaczy, że problem znika i wszyscy nauczyliśmy się odpoczywać?

Pracoholizm w moim wydaniu

Prawda jest taka, że od kilku lat nie pracuję już do późna. Myślę, że przez pierwsze dwa lata w zawodzie miałam w sobie po prostu pokłady niespożytej energii, mnóstwo ekscytacji wobec każdego zlecenia. Na początku pracowałam też jako lektorka angielskiego, łapałam pierwsze zlecenia pisemne i ustne, przez co moje wysiłki były dużo mniej ukierunkowane.

Od kilku lat zwykle kończę pracę o 17, czasem o 18 lub nieco później. Ale znajduję też czas na ugotowanie sobie obiadu w ciągu dnia, na spacer z psem. Nie pracuję non stop. Niestety to niewiele zmienia, nie mam też poczucia, że się „obijam”.

W końcu ludzie w korporacjach też nie pracują nieustannie – a to wypiją kawkę w kuchni i wdadzą się w rozmowę z kolegami i koleżankami z innych działów, a to idą na obiad, jadą na spotkanie. Zwykle nie siedzą przy biurku ciurkiem od dziewiątej do siedemnastej. Różnica polega na tym, że w dla pracownika korporacji przerwy są okazją do kontaktów międzyludzkich, żartów, plotek. Moja przerwa to często wstawienie prania, zrobienie sobie herbaty i przejrzenie wiadomości w The Economist.

Najważniejsze jest jednak to, co dzieje się w mojej głowie. Często budzę się z poczuciem, że muszę działać, że czeka na mnie dużo spraw i zadań. Czasem to poczucie przeradza się w niepokój („nie zdążę”, „nie dam rady”, „mam za dużo na głowie”). Często jednak czuję ogromny entuzjazm na myśl o wyzwaniach i projektach. Odruchowo większość przyjmuję, choć powinnam oszczędniej gospodarować swoim czasem i uwagą.

Regularnie mam też poczucie, że trochę tonę w projektach i zadaniach. Mam wyrzuty sumienia, że znów dużo na siebie wzięłam. Miałam przecież odpoczywać, poszerzać horyzonty, leżeć i czytać. A prawda jest taka, że nie bardzo umiem odpoczywać (mimo że od kilku lat się tego świadomie uczę. Jest coraz lepiej, serio!).

Skąd we mnie gen pracoholizmu

Pochodzę z rodziny pracowitych ludzi. Mój ojciec do dziś pracuje bardzo intensywnie, właściwie żyje pracą. Mama – odkąd zmieniła pracę i z placówki oświatowej przeszła do organizacji pożytku publicznego – czasem dzwoni do mnie o dwudziestej, mówiąc, że właśnie wychodzi z biura. Ale nie zawsze tak było, doskonale pamiętam, że mama dużo z nami była i na pewno nie żyła pracą, gdy ja i mój brat byliśmy mali.

Mimo to przyczyn moich skłonności do pracoholizmu doszukuję się w wychowaniu. Zawsze byłam pilną uczennicą, przez co zwykle byłam chwalona za wyniki. I tak, moja feministyczna dusza podpowiada mi też, że to wina szkoły i systemu. Po latach (indoktrynacji i treningu – wybaczcie, nie mogłam się powstrzymać!) zaczęłam więc dostrzegać swoją wartość w tym, co robię, a nie w tym, że po prostu jestem. A więc im więcej robię (a zwłaszcza im więcej fajnych, ciekawych rzeczy robię), tym większą mam wartość i tym silniejszą satysfakcję czuję.

Jestem też bardzo kreatywna, a do problemów i wyzwań lubię podchodzić proaktywnie. Zresztą co tu dużo mówić – jeśli choć trochę przyglądasz się Energii Tłumaczy, blogowi czy kursom, które prowadzę, to widzisz, że lubię działać. A w tym nie ma przecież nic złego! (Prawda…?)

Przecież nic w tym złego

To chyba dobry moment, by powiedzieć, że takie podejście nie jest zdrowe. Wręcz przeciwnie, jest bardzo obciążające. By to sobie uzmysłowić, wystarczy wyobrazić sobie czas, gdy nie będę mogła pracować wcale, np. z powodu choroby. Równie dobrze może też nastać czas głębokiego kryzysu, w którym będę miała mniej zleceń. Postrzeganie własnej wartości przez projekty, pracę i osiągnięcia w takich sytuacjach może sprawić, że poczuję się kompletnie bezwartościowa. Zamiast tego warto szukać swojej wartości w tym, że się jest w ogóle. To tyle w teorii.

Pracoholizm z filmów

Prawdziwy hollywoodzki pracoholik tak dużo czasu spędza w pracy, że nie ma czasu na sen, jedzenie, rodzinę. Ta skłonność, uzależnienie odbiera mu chęć do życia, rujnuje związki.

Ale gdy sie tak dużo pracuje, to spada efektywność, pojawiają się błędy. Z czasem odchodzą klienci, pracoholik traci pracę, coraz bardziej się pogrąża.

Nie znam takich pracoholików. Znam za to osoby takie jak ja, które biorą na siebie za dużo pracy i angażują się w wiele inicjatyw po to, by zaspokoić własne wewnętrzne potrzeby. Nie tracą może pracy i nie rujnują doszczętnie związków z ludźmi wokół siebie, ale są przeciążone i często ich życie przypomina sinusoidę – od stanu „nie mam co robić, może odpocznę, a może by jakiś nowy projekt?”, po stan „nie dam rady, jestem totalnie zarobiona i znów za dużo na siebie wzięłam”.

Potrzeba bycia potrzebnym

Jedną z przyczyn mojego pracholizmu jest to, że pracując z ludźmi i dla ludzi zaspokajam wewnętrzną potrzebę bycia potrzebną. To, że ludzie mi ufają, zlecają tłumaczenia, biorą udział w moich projektach to też znak, że mnie cenią, lubią i szanują. Mam świadomość, że najzdrowiej jest realizować takie potrzeby samemu, np. przez robienie dobrych rzeczy dla siebie. Dla mnie to trudne, choć stopniowo uczę się rozpoznawać pułapki i unikać sytuacji, w których nadmierną wagę przywiązuję do bycia potrzebną innym ludziom.

Wielu tłumaczy to pracoholicy

A może wielu pracoholików to tłumacze? Inspiracją do tego artykułu była moja rozmowa z koleżanką, która ma nieco inny profil zawodowy, ale też tłumaczy i uczy. Nagle odkryłyśmy, że obie działamy według podobnych schematów. Bierzemy na siebie dużo, angażujemy się w wiele projektów, a potem często czujemy się przytłoczone nadmiarem. Oczywiście jednym z największych minusów jest świadomość, że same to sobie robimy. Po prostu tak mamy!

Zapytałam też członków mojej grupy na Facebooku, czy nazwaliby się pracoholikami. Okazało się, że całkiem sporo osób ma podobne cechy i działa według podobnych schematów.

Zaryzykuję tezę, że studia językowe (np. bardzo ciężka i angażująca lingwistyka) przyciągają ludzi, którzy chętnie i dużo się uczą i już ze szkoły wynoszą nawyk regularnej ciężkiej pracy. Być może więc część nas jest urodzonymi (albo wyuczonymi) pracoholikami?

„Statystyczny tłumacz” to też człowiek ciekawy świata, nic więc dziwnego, że interesujemy się różnymi tematami i łatwo dajemy się wciągnąć w interesujące projekty i tematy.

Zbadajmy to

Marzy mi się wieloletnie badanie, w którym sprawdzono by profil osób wybierających studia językowe, ich wyniki na studiach, a potem ich „pracoholizm” w dorosłym życiu.

Wielu rozmówców w grupie się ze mną nie zgadza i nie widzi specjalnych cech lub predyspozycji do pracoholizmu wśród tłumaczy. Inni wskazywali, że osoby nadmiernie kreatywne i ambitne, biorące sobie na głowę za wiele projektów i zadań są we wszystkch grupach zawodowych.

Pewnie tak jest, a ja po prostu otaczam się konkretną grupą ludzi, w której jedyni pracoholicy to ja i moja przyjaciółka (absolwentka anglistyki i była nauczycielka – drugi dowód incydentalny na poparcie mojej tezy!). Inni – prawnicy, marketingowcy, demand plannerzy itp. nie przejawiają takich skłonności. Być może gdybym była w kadrze menedżerskiej wielkiej firmy, to okazałoby się, że to menedżerowie i menedżerki są pracoholikami.

Pracoholizm a freelance

Trzeba też przynać, że praca na własńy rachunek wymusza inne podejście. W końcu wszystko jest na mojej głowie (w nieidealnej wersji freelansu, w której nie deleguje się zadań i nie ma współpracowników), nie wiadomo też, czy za horyzontem nie ma posuchy i spadku liczby zleceń.

A przecież komiksowa wizja życia freelancera to drinki z palemką pite seriami na rajskiej plaży i klepanie zleceń w przerwach. Czy tak będzie kiedyś wygladało moje życie?

Wizja przyszłosci bez pracoholizmu

Nie mam takich planów. Myślę co prawda o wyprowadzce w cieplejsze miejsce (dużo nie potrzebuję, wystarczy mi dobra pogoda, niskie koszty życia i czystsze powietrze) za jakiś czas, ale trudno mi wyobrazić sobie, że kiedyś będę mało pracować. Za bardzo to lubię. Mogę też zrezygnować z drinków z palemką, chętnie zamienię je na wodę kokosową popijaną przy komputerze.

Dążę jednak do stanu, w którym mam lekki zapas czasu i przestrzeni w głowie. Wiem, że biorąc na siebie kolejny projekt życiowy (np. projekt ortodonta, projekt dieta, projekt ET.mag), powinnam rezygnować z innego, żeby w sumie nie przybywało mi pracy i zadań. Alternatywnie mogę też delegować zadania (mam w tym już trochę wprawy), przyjmować pomoc, zatrudniać współpracowników.

Jest coraz lepiej. Ale postępy w dawaniu sobie luzu i odpuszczaniu przychodzą powoli. W tym tempie w okolicach 50. urodzin dojdę do równowagi. Skoro jednak planuję żyć co najmniej 100 lat, to pięćdziesiątka nie brzmi źle!

Spotkajmy się w Szczecinie!

już 6 czerwca jest okazja, byśmy spotkali się na żywo. Moja prelekcja będzie dotyczyć wchodzenia na rynek i budowania marki od 1. dnia. Będzie też sporo czasu na rozmowy twarzą w twarz i przegadanie trudności czy wyzwań. Do zobaczenia w Szczecinie!

Share This