Moim pierwszym odczuciem w Indiach jest wielkie rozczarowanie. Miały być tłumy, nieznośny upał i brud. A tu proszę: tłumy nie gorsze niż w Barcelonie, a co i rusz trafiam na puste nabrzeże Gangesu, spokojne plaże i niezatłoczone atrakcje turystyczne. Może i na ulicach krowy zostawiają po sobie ślady, ale ten, kto raz był na tym kontynencie, uzna, że Indie pod względem czystości nie różnią się od Tajlandii czy Indonezji. Ot, Azja. Rozpiera mnie więc radość z poznawania tego nowego świata.

Z Nepalu do Indii

Do Indii lecę z Nepalu, żegnając najpiękniejsze góry świata, Katmandu, które nadal podnosi się po trzęsieniu ziemi, i kiepską, niestety, infrastrukturę. Po przylocie do Delhi od razu wpadam w szpony oszustów. Potrzebuję biletów kolejowych, a to w Indiach nie taka prosta sprawa. Od kiedy wprowadzono sprzedaż online wytworzył się drugi rynek, bo biura podróży masowo skupują bilety, które potem po zawyżonych cenach sprzedają turystom. Jedyne wyjście to zakup biletów z dużym wyprzedzeniem. Można też niespiesznie kupić takie bilety, jakie akurat będą w kasie na dworcu, ale dla mnie i Anneke, mojej towarzyszki podróży, to wyjście odpada. Mamy tylko 11 dni na pierwszą część wyprawy po Indiach. Przepłacamy więc słono za bilety, choć spotkani kilka dni później ekspaci powiedzą, że i tak nam się poszczęściło. Zdobycie biletów z niemal zerowym  wyprzedzeniem graniczy z cudem. Przyjmujemy to więc za dobrą monetę i nie żałujemy wydanych rupii.

Delhi

Delhi to miasto, na które po lekturze „Miasta dżinów” patrzę z lekkim sentymentem. Pierwszy przejazd tuktukiem to prawie wycieczka objazdowa – trochę to trwa, nim kierowca znajdzie nasz hostel. Mijamy więc place i budowle zaprojektowane przez Lutyensa i powoli wchłaniamy klimat tego miasta. Jest późne popołudnie i kobiety powoli znikają z widoku. Zostają mężczyźni: niektórzy rozkładają karton na chodniku, by przespać się parę godzin, inni rozmawiają w grupach lub zmierzają do domu po dniu pracy.

Rano wybieramy się na wycieczkę po Delhi i poznajemy pozostałości po kolonii brytyjskiej. Na mnie te budowle nie robią dobrego wrażenia,  choć architektonicznie niczego im nie brakuje. Są monumentalne, ciężkie i zadbane. Cieszy mnie za to wizyta w najpiękniejszej świątyni Sikhów w stolicy Indii. To jak zupełnie inny świat – ściany skąpane w złocie, staw ze świętą wodą i wszechobecna atmosfera wzajemnej pomocy i akceptacji. W środku świątyni celebracje trwają okrągłą dobę, jedni wchodzą, by się pomodlić, inni wychodzą, ale rytualna muzyka gra nieprzerwanie.

Varanasi

Tego samego dnia wsiadamy w nocny pociąg do Varanasi, świętego miasta hindusów. Spędzimy tu kilka dni, poznając lokalne zwyczaje, zajadając się pysznościami i spacerując wzdłuż Gangesu. To tu poznajemy Josha i Nadię, ekspatów, którzy na co dzień mieszkają w Delhi i zdradzają kulisy kultury Indii z własnej perspektywy. Wdajemy się w godzinne dyskusje o prawach kobiet, o tym, co wolno, a czego nie (na pewno nie wolno sikać w miejscach publicznych, o czym Nadia przekonuje się, gdy zdesperowany Josh ciągnie ją po zmroku do hostelu, byle by tylko nie złamała prawa i nie doprowadziła do skandalu dyplomatycznego), co się dzieje, gdy kobieta się rozwiedzie i dlaczego młodzi hindusi chodzą za rękę. Od Josha usłyszymy też piękną legendę pierwszych ceremonii ofiarnych nad Gangesem, gdy w II w. n.e. jeźdźcy złożyli w ghacie DASASHWAMEDHA, czyli ofiarę z dziesięciu koni.

Najcudowniej jest w łodzi, którą ruszamy przed zmrokiem, by od strony wody obejrzeć codzienną ceremonię wieczorną. Albo w lassi barze, w którym popijamy najlepsze (podobno) lassi w Indiach, obserwując procesje żałobników niosących ciała na kremację w jednym z ghatów. Śmierć nie jest tu bowiem niczym wyjątkowym. Widać ją na ulicach, ale też nad Gangesem, gdzie w każdym z ghatów codziennie dochodzi do około 400 kremacji. Być może dzięki temu śmierć nie jest takim tabu, jak w Polsce. Ludzie oswajają się z nią, dorastając.

Agra

Pod względem kultury Varanasi zrobi na mnie w Indiach największe wrażenie, ale architektonicznie wygrywa jednak Tadż Mahal. Do Agry docieramy z tak dużym opóźnieniem, że postanawiam nigdy więcej nie wsiąść w tym kraju do pociągu. Kolejna podróż i tak nam przepada, bo na miejsce dojeżdżamy już po zmroku. Podobno najlepszy czas na zwiedzanie Tadż Mahal to świt lub zachód słońca, decydujemy się więc ruszyć do niego przed szóstą rano, a potem po południu autobusem pojechać do Dżaipuru.

Nie będę oryginalna, mówiąc, że Tadż Mahal to najpiękniejszy budynek swoich czasów, a może nie tylko. Gdybym miała tworzyć architektoniczną listę TOP 10 wszech czasów, na pewno Tadż Mahal też znalazłby się na niej wysoko, bo to budowla monumentalna i ponadczasowa, skonstruowana według najdoskonalszych proporcji, przecudnie zdobiona, a do tego wiąże się z nią bajkowa historia miłosna. W Agrze jedziemy jeszcze na lokalny targ, jemy hinduskie słodycze i poznajemy kilku starszych panów, prowadzących rodzinny sklep z akcesoriami ślubnymi. To był dobry dzień.

Goa

Z Pune ruszamy wraz z Vivkiem – naszym własnym przewodnikiem – do Goa. Wsiadamy w nocny autobus, w którym zamiast siedzeń są łóżka prawie jak w Nocnym Rycerzu z książek J.K. Rowling. Myślę chwilę o tym, jakie szanse na przeżycie mają pasażerowie w razie wypadku, ale staram się wyprzeć tę myśl i szybko zasnąć. Budzę się w Goa i od razu wczuwam się w nadmorski klimat. Chcemy dojechać do Coli, malutkiej miejscowości  na południu regionu. Jest magicznie, a nie miałam pewności, czy tu wyląduję. Niektórzy znajomi odradzali Goa, bo podobno w wielu miejscach na świecie plaże są ładniejsze, a i tak turyści nie czują się tu tak swobodnie, jak choćby we Włoszech. Ale po paru dniach w Goa wiem, że przyjazd tutaj był dobrą decyzją.

Czy to nie Portugalia?

Goa ciągle nosi ślady portugalskiego kolonializmu. Dość powiedzieć, że do dziś większość mieszkańców to chrześcijanie, a w każdej miejscowości widać kolonialne wille, stare kościoły, a gdzieniegdzie nawet katedry. Czuć też, że panuje tu dużo swobodniejsza atmosfera. Widzę Hinduski w krótkich spódnicach, młodych ludzi, którzy ocierają się o siebie w klubach, kobiety wchodzące do morza w sari. To chyba zadziwia mnie najbardziej. Sari, choć piękne, są okropnie niepraktyczne. Kobieta w sari nie wsiądzie przecież na rower, nie pobiegnie, bo zaplącze się w warstwach ubrania. Może zakłada się, że dorosła kobieta ma już na tyle poukładane w głowie, że nie biega, ale dostojnie stąpa naprzód. I tak też jest. Hinduski wyglądają w sari bardzo elegancko, nawet jeśli akurat wracają z zakupów czy gotują obiad.

Mnie, z europejskim bagażem kulturowym, trudno jednak zrezygnować ze spodni czy szortów i swobody, jaką dają. Zaczynam więc się zastanawiać, czy to kolejny przykład ubioru, który jest jak kajdany. Pod pozorem piękna, zdobień i zakrywania ciała, tak naprawdę przede wszystkim ogranicza kobiety.

Widzę też ogromny rozdźwięk między ubiorem kobiet i mężczyzn. Młodzi Hindusi noszą dżinsy, szorty, koszule, t-shirty, w niczym nie różniąc się pod tym względem od Europejczyków. Szkoda, bo gdyby tak jak kobiety nosili tradycyjne stroje, nie tylko wyglądaliby dużo lepiej, ale też przynajmniej mogliby  dowodzić faktycznej równości kobiet i mężczyzn w społeczeństwie. Kobiece sari czy kurti w zderzeniu z ultranowoczesnym ubiorem mężczyzn razi, podkreśla tylko nierówności płciowe w Indiach.

W podróży najfajniejsi są ludzie

Plaże Goa są absolutnie wspaniałe, ale do morza wejść trudno, bo fale są bardzo wysokie. Mimo to korzystam z wody, gdy tylko mogę. Najpiękniejsza chwila spotyka mnie, gdy zostaję na plaży sama po południu i zbliża się do mnie grupka ludzi. Proszą o wspólne zdjęcia, jak po raz enty podczas podróży. Czasem mnie to irytuje,  ale ci ludzie są tak uroczy, że trudno im odmówić. Pozuję z nimi do kilkunastu zdjęć, z różnych stron, w różnych konstelacjach: tylko z kobietami, tylko z dziećmi, z całą grupą. Okazuje się, że to wielopokoleniowa rodzina.  Dziadek i babcia zatrzymują się przy mnie najdłużej i choć nie mówimy tym samym językiem, widzę, jak są wdzięczni za zdjęcia. To mnie krępuje – trudno zrozumieć, że po tylu latach od wycofania się Brytyjczyków z Indii biały człowiek nadal wywołuje taki entuzjazm. Ale szybko zaprzyjaźniam się z tymi ludźmi i na koniec dostaję od nich lokalny przysmak do piwa – dwa surowe mango oraz mieszankę soli i chilli. Jem i nie mogę się  nacieszyć nawet nie samym smakiem (a to pyszne połączenie, zapewniam), ale tym, że w kilka chwil można się  tak zbliżyć z zupełnie obcymi ludźmi.

Jak wygląda plantacja

Przez kilka dni w Goa rozpływam się: na zmianę leżę na słońcu, pływam,  jem pyszności, gram w paletki i czytam książki. Ale ile można nic nie robić? Szybko postanawiamy wypożyczyć skuter i odwiedzić stolicę regionu oraz lokalną plantację przypraw.

I to chyba największe zaskoczenie tego odcinka podróży. Jadąc na plantację, spodziewałam się pola uprawnego, rzędów roślin, z których pozyskuje się przyprawy. Nic bardziej  mylnego. Plantacja, którą odwiedziłyśmy, okazała się stupięćdziesięcioletnim lasem tropikalnym. Przyprawy, które się tam uprawia, rosną w większości na drzewach (jak wanilia czy gałka muszkatołowa), a niektóre w ziemi (jak kurkuma). Są też pyszne, słodkie mango, których mogę jeść do woli, próbujemy też duriana – pysznie ohydnego owocu, którego większość świata nienawidzi, a którym zajadają się smakosze. Ja akurat należę zwykle do tej  pierwszej grupy, ale młody durian,  którym częstuje nas właściciel plantacji, jest bardzo smaczny, co do dziś mnie zadziwia.

Bombaj

Po tygodniu w Goa – najpierw na południu, później na północy – lecę do Bombaju. Mam w nim jeszcze półtora dnia, ale już czuję, że wyprawa dobiega końca. Mimo to cieszę się każdą z ostatnich chwil – zachodem słońca na nabrzeżu, spacerem po targu, zakupami (coś w końcu się jeszcze w plecaku zmieści!), ostatnim hinduskim curry w maleńkiej restauracji, którą polecają mieszkańcy okolicy i długą przebieżką po ulicach tego niezwykłego miasta. Bombaj nie przypomina reszty Indii, choć to samo można właściwie powiedzieć o większości miejsc, które odwiedziłam w tym kraju. Bombaj bardziej przypomina Londyn niż jakiekolwiek inne miasto w Indiach, a jednocześnie jest na wskroś hinduski – ciepły, słoneczny, przyjazny, pełen różnic i nierówności, ostrych aromatycznych potraw, z horyzontem usłanym wieżowcami.

Całe Indie zresztą charakteryzuje ogromna różnorodność. Po zaledwie dwu i pół tygodniach mam wrażenie, że zobaczyłam w tym kraju co najmniej kilka różnych światów – świat głębokiej wiary i rytuałów religijnych w Varanasi, cudownej architektury i historii w Agrze, pięknych pałaców i ulic w Dżaipurze (na który w tej opowieści nie starczyło miejsca), Pune – urokliwego mimo przeraźliwych korków, świat Goa – pięknych plaż, ciepłego morza, przyjaznych ludzi i całonocnych imprez. Mimo chaosu, gorąca i intensywności przeżyć (a może dzięki nim) w Indiach szybko można poczuć się jak w domu.

Ten artykuł ukazał się pierwotnie w ET.mag – minimagazynie dla tłumaczy, którzy otrzymują wyłącznie osoby, które zapisały się na listę subskrybentów.

Lubisz czytać o podróżach i biznesie?

Zapisz się na listę subskrybentów wydawanego przeze mnie minimagazynu dla tłumaczy ET.mag. Magazyn wydaję co dwa-trzy miesiące. W ostatnim numerze gościł Tomasz Ratajczyk, tłumacz z wieloletnim doświadczeniem i przewodniczący zarządu Związku Zawodowego Tłumaczy Przysięgłych w Polsce. A oprócz tego pisałam właśnie o Indiach, o Nepalu i, jak zawsze, o biznesie.

Share This