Nadszedł czas na coming-out. Przez ostatnie trzy miesiące łączyłam działalność gospodarczą z etatem w korporacji. Ja? Freelancer i zagorzały przedsiębiorca?  (Tu następuje moment, w którym szukam, czy mogę napisać „przedsiębiorczyni”.) Wszystko przez ortodontę i ciekawość.

Przyznaję otwarcie, latem zaczęłam odczuwać zmęczenie pracą. Miałam za sobą bardzo intensywny czas po powrocie z wyprawy do Nepalu i Indii — zlecenia wpadały jedno za drugim, w głowie miałam mnóstwo pomysłów, a jednocześnie pracowałam nad nowym blogiem i magazynem ET.mag. W lipcu adoptowaliśmy pieska i naprawdę dużo się działo. Zaczęłam myśleć, że fajnie byłoby trochę zwolnić.

Gdzie widzisz siebie za 5 lat?

Jednocześnie utknęłam w martwym punkcie w przemyśleniach na temat „stanu docelowego”, czyli tego, jak ma wyglądać moje życie za tych pięć, dziesięć lat. Na zmianę marzyłam o dalszej karierze i o domkach nad jeziorem niedaleko Warszawy, które wynajmowałabym zmęczonym życiem i pracą warszawiakom, jednocześnie trochę tłumacząc, ale głównie czytając książki na tarasie i łażąc po okolicy z psem. Miałam więc dwie sprzeczne ze sobą wizje przyszłości i wiele argumentów na korzyść każdej z nich. Z jednej strony nigdzie mi się nie spieszyło — mam mnóstwo czasu na wymyślanie przyszłości, oby nie w nieskończoność.

Zderzenie z rzeczywistością

W sierpniu okazało się jednak, że karierę na chwilę muszę odłożyć. Od dłuższego czasu leczę się u ortodonty, ale do tej pory nie przeszkadzało mi to w pracy. Nosiłam szynę (w której trochę seplenię, don’t ask), zdejmując ją wtedy, kiedy niezbędna mi była idealna dykcja — czyt. na zlecenia ustne. Niestety w pewnym momencie usłyszałam, że tak na pół gwizdka nie będzie efektu. Szyna zostaje na stałe, bez ściągania. Dla mnie jako tłumaczki ustnej oznaczało to odpuszczenie całego sezonu konferencyjnego. Finansowo to duża strata — w końcu to właśnie w sezonie najwięcej pracuję, to wtedy odbywają się najfajniejsze, najciekawsze wydarzenia, na których uwielbiam pracować. Nie chcę rozpowszechniać kultury FOMO, ale przyznam szczerze, nie cierpię myśli o tym, że coś miałoby mnie ominąć.

Praca na etacie. Alternatywa dla działalności?

Można więc powiedzieć, że w tym momencie byłam dość otwarta na propozycje alternatyw. Każdego miesiąca dostaję kilka propozycji pracy z językami obcymi. Na część nawet nie odpowiadam, czasem piszę o swoich potencjalnych oczekiwaniach finansowych, mając świadomość, że na pewno przekraczają widełki na proponowanym mi stanowisku. Jednak w sierpniu pierwszy raz od dawna dostałam ofertę, która mnie zaintrygowała. Wracam więc do ciekawości, która jest drugim powodem tego, że znalazłam się na krótko na etacie. Skusiły mnie oczywiście warunki finansowe, zwłaszcza że w tym sezonie musiałam liczyć się z bardzo ograniczonymi dochodami z tłumaczenia ustnego. Jednak decydującym czynnikiem była ciekawość!

Tęsknota za etatem

Pracując na swoim bardzo oddalamy się od realiów pracy w korporacji, w zespole. Choć tworzę zespół z moimi współpracownikami , to jednak nie ma między nami tak silnej zależności ani podległości, jak w hierarchicznym zespole w korporacji. Ja po kilku latach zaczęłam też odczuwać brak częstych kontaktów z ludźmi. Choć mam przyjaciół i nie ukrywam się przecież w jaskini, też pracuję z ludźmi na co dzień, to jednak nie tak ściśle. Chwilami łapała mnie więc „tęsknota za etatem” – nie za tym, by mieć szefa nad sobą, czy za benefitami, ale właśnie za pracą z ludźmi.

 Praca na etacie. Doświadczenia vs. wyobrażenia

Choć wcześniej miałam tylko jedną przygodę z korporacją, w pamięci zachowałam negatywny obraz. Po tych doświadczeniach pojęcie „korporacja” przywodziło mi na myśl skostniałe struktury, mało wyrozumiałych, sztywnych szefów, seksizm, nieśmieszne żarty w kuluarach i oczekiwanie, że poświęcę wieczór na tłumaczenie umowy o wartości kilku milionów — choć sama ani grosza z tych milionów nie zobaczę. Decyzja o tym, by spróbować jeszcze raz pracy na etacie, wynikała paradoksalnie właśnie z tych wspomnień. Postanowiłam sprawdzić, czy tak jest wszędzie, zobaczyć na własne oczy, jak działa inna korporacja. Zaczęłam eksperyment „etat”. Miałam też spore nadzieje związane z samym stanowiskiem. Nie mogę zdradzić, co dokładnie robiłam, ale były to obowiązki na pograniczu tłumaczenia, marketingu i techniki — czyli bardzo blisko moich głównych specjalizacji.

Praca na etacie. Podejście drugie

Możecie mi nie wierzyć, ale istnieje coś takiego, jak fajne korporacje. Z miłymi, wyluzowanymi ludźmi, normalnymi szefami, przejrzystymi zasadami i bez rubasznych żarcików (tak, wiem, może niektórych śmieszą, ale mnie bardzo zalazły za skórę i nie widzę dla nich miejsca w zdrowych miejscach pracy). Miałam szczęście, że w ramach mojego krótkiego eksperymentu trafiłam właśnie na taką korporację. Co prawda szybko zderzyłam się ze smutną rzeczywistością — Asana i inne startupowe aplikacje nie przebiły się jeszcze do świata wielkich firm, a może po prostu nie wyrabiają przy takiej skali. W każdym razie praca w korpo nadal opiera się głównie na excelu. Przyznam, że to nieco ostudziło mój entuzjazm. W chwilach przed przyjściem do pracy wyobrażałam sobie, że poznam nowe, innowacyjne narzędzia, rozwinę się, używając zaawansowanych technologii, i nie wiadomo co jeszcze. Tymczasem komputery firmowe zawieszają się wszędzie z porównywalną częstotliwością, a excel i outlook niezmiennie rządzą. Nowe technologie? Zamiast telefonu na biurku — Skype.

Zakończenie eksperymentu

Jeśli to nie robi na tobie wrażenia, to spokojnie — na mnie też nie zrobiło. To jeszcze może nie byłoby decydujące, ale niestety sama praca okazała się mało porywająca. Może cię zdziwię, ale tę konstatację uznaję za największy sukces eksperymentu! Prawda jest taka, że potrzebowałam czegoś, co przypomniałoby mi, jak bardzo uwielbiam pracować z klientami bezpośrednimi, jak dobrze się czuję we własnym biurze i na własnych warunkach. Praca nad tłumaczeniem marketingowym dla wschodzącej marki daje mi nieporównywalnie większą satysfakcję niż praca dla wielkiego biznesu i bycie jednym z tysięcy pracowników „składających się na wspólny sukces”. Choć ostatni kwartał był dla mnie niezwykle intensywny, to czuję się jak po dłuższym urlopie albo dalekiej wyprawie, z której wracam z nową energią, entuzjazmem. Mogę znów docenić pracę w domu, tłumaczenie w kabinie, a nawet wszystkie mikrotrudności związane z własną działalnością — w poczuciu, że robię to wszystko dla siebie i mam z tego dużą satysfakcję.

Ludzie są fajni

Drugi pozytyw tego eksperymentu to odczarowanie pracy w zespole. To, że raz trafiłam na ludzi, którzy nieustannie spiskowali i oczerniali innych (w tym mnie), udawali, że pracują i są dostępni, będąc na jodze lub u fryzjera, przez co na pozostałych spadał ciężar ich obowiązków, nie znaczy, że tak jest wszędzie. Nie wiem, jakie są proporcje biurowych czarnych charakterów do dobrych współpracowników, ale tym razem miałam szczęście. Poczułam, że ludzie są fajni — nawet jeśli się z nimi codziennie pracuje.

Co było plusem tej pracy?

Mimo etatu pracowałam w miarę elastycznie. Nie pojawiałam się w biurze codziennie, pracowałam też z domu lub w innych lokalizacjach. Dzięki wsparciu zespołu nie zaniedbałam klientów, choć moje zaangażowanie w pracę poza etatem było nieco mniejsze, niż się spodziewałam.

Ale były też minusy.

Dojazdy. Obstaję przy swoim — dojazdy do pracy są w dużej mierze stratą czasu. Czekam na czasy, w których korporacje zrozumieją, że nie wszyscy pracownicy muszą być w biurze cały czas i przestawią się na hiperelastyczny tryb pracy. Osiem godzin przy biurku? Wyzwanie. W swojej firmie często pracuję więcej, ale mam tak zróżnicowane zadania, że czas mija mi bardzo szybko. Choć przed eksperymentem zastanawiałam się, czy spodoba mi się regularny tryb pracy, stwierdzam po raz kolejny, że nie jestem do niego stworzona. Praca tłumaczki ustnej przyzwyczaiła mnie do dużej dynamiki, zmienności, intensywności. Gdy mam siedzieć osiem godzin przy biurku, zwyczajnie się nudzę.

Powrót na etat. Czy było warto?

Zastanawiam się czasem, czy nie lepiej było wykorzystać te trzy miesiące na totalny reset: czytanie książek, oglądanie seriali, zwiedzanie wystaw całymi dniami. Porozpieszczanie się dobrym gotowaniem i nicnierobieniem. Byłoby rewelacyjnie, ale… Ja naprawdę nie umiem się nudzić. Żałuję, że nie rozwinęłam dotąd tej cennej umiejętności. Mówię to bez ironii, nuda jest w życiu potrzebna. Z drugiej strony wiem też, że w perspektywie kolejnego roku dobrze mi zrobił zastrzyk finansowy z korporacji. Z trzeciej strony mam poczucie, że wreszcie wiem, czego chcę za te przysłowiowe pięć, dziesięć lat. Mam wizję przyszłości. I nie zdziwi cię, że będzie to przyszłość z dala od korporacji. Warto było się o tym przekonać na własnej skórze.

Poznaj innych tłumaczy…

…na etacie, z własną działalnością lub szukających swojej drogi. W mojej grupie na FB tłumacze wzajemnie się wspierają i rozmawiają o tym, jak rozwiązywać problemy, mniej pracować i lepiej żyć. Dołącz do nas.

Share This